Antypodów podsumowanie

Po drodze w Korei
Z Wellington na zachód wyspy Południowej
Ślubne okoliczności

Galeria - Korea
Galeria - Nowa Zelandia
Galeria -Aoraki Mt Cook Heli Wedding

Filmik: White Wedding

Trasa
Ekipa

Christchurch i kawałek wyspy Północnej

Dzień 17 Czw 15-09-201 Lake Tekapo - Geraldine - Port Robinson - Kaikoura

Poranek mglisty i deszczowy. Gór prawie nie widać. Strach pomyśleć, jakby taka pogoda spotkała nas dzień wcześniej. Dziś przejechaliśmy prawie 500km, bo zdecydowaliśmy się odwiedzić jeszcze Kaikoure, na wybrzeżu wschodnim. Nie starczyło już czasu na Dunedin na południowym zachodzie.
W lokalnym iSite, gdzieś po drodze, polecają nam widokową trasę 72, zamiast zatłoczonej krajowej 1. Rzeczywiście uniknęliśmy w ten sposób dużego ruchu na drodze, ale widoki już nie powalały. Po tym co wcześniej widzieliśmy na zachodzie wyspy, nizinna część wschodnia w okolicach Christchurch nie robi już takiego wrażenia. Niestety, na wschodnim wybrzeżu znów pojawiły się znaki zakazu kampingowania, w niektórych miejscowościach nadmorskich, postawione dosłownie na każdym pustym kawałku ziemi. W końcu udało nam się już po ciemku znaleźć przyzwoity parking koło zabytkowego mostu. Tej nocy śpimy więc pod mostem.

Dzień 18 Pt 16-09-2011 Kaikoura - Christchurch

Ostatnie kilkanaście kilometrów przed Kaikourą droga pięknie wije się wzdłuż wybrzeża. Towarzyszy jej na tym odcinku widokowa trasa kolei TranzScenic, która co jakiś czas znika w długich tunelach. Celem naszej wyprawy były foki. I nie było o nie trudno. Już przy samym parkingu na obrzeżach Kaikoury, foki wylegiwały się na okolicznych skałach. My poszliśmy dalej na pieszo, wspinając się na skarpę nad wybrzeżem. Szła tamtędy trasa widokowa, okrążająca całe centrum Kaikoury. My na całą trasę nie mieliśmy czasu, ale doszliśmy do punktu, gdzie po schodach można było z powrotem zejść na plażę i tam poszukać fok. Szukać w sumie nie trzeba było, wylegiwało się ich co najmniej kilkadziesiąt. Podchodzić do nich można było na odległość max 10 metrów.
Po południu szybki powrót do Christchurch, bo już o 16.30 trzeba było oddać nasze auto do wypożyczalni. Jak się spóźnimy to 100 NZD kary. Niby było to tylko 180 km, ale trasa zajęła nam prawie 3 godziny! Spóźniliśmy się 2 minuty, ale oczywiście nikt na to nie zwrócił uwagi.
Taksówkarz zawiózł nas do naszego zarezerwowanego hostelu w centrum Christchurch. Po drodze widać już było pojedyncze budynki zniszczone przez trzęsienie ziemi z lutego tego roku. A był to dopiero początek tego co zobaczyliśmy w kolejnych dniach.

Dzień 19 Sb 17-09-2011 Christchurch

Trzęsienie ziemi w Christchurch dosłownie zrujnowało całe centrum miasta. Turystycznie miasto nie istnieje. Nie ma tam nic, co warto by było zobaczyć. Całe centrum, czyli obszar mniej więcej 1 km kwadratowego jest całkowicie zamknięty dla ludności. To tam były największe zniszczenia i od ponad pół roku trwają prace remontowe. Ciężko sobie wyobrazić co się teraz dzieje z ludźmi, którzy tam wcześniej mieszkali lub pracowali. Setki sklepów, biur, hoteli, restauracji z dnia na dzień zostało zamkniętych. Do tych w najgorszym stanie do dziś nawet właściciele nie zostali wpuszczeni. Każdy budynek w Christchurch został dokładnie sprawdzony po trzęsieniu ziemi pod kątem trwałości i bezpieczeństwa użytkowania. Na każdym przyklejona została oficjalna kartka która, albo zezwala na użytkowanie, albo zezwala tylko na czasowy wstęp dla właścicieli by zabrać rzeczy, albo też zabrania wstępu komukolwiek. Wiele starszych, drewnianych, pięknych domów -również poza centrum -niestety znajduje się w tej ostatniej kategorii i stoją opuszczone, bo ich właściciele już dawno się gdzieś przeprowadzili. Ci, co mieli więcej pieniędzy, zaczęli rozbiórkę, ale takich miejsc jest mało.
Ścisłe centrum, tzw. Red Zone, czyli strefa czerwona, otoczone jest wysoką siatką i tylko z daleka można obserwować toczące się prace. My byliśmy tam w sobotę, a że pogoda była piękna, wzdłuż siatki spacerowało dużo ludzi, też miejscowych, i robili zdjęcia.
Tego samego dnia, byliśmy jeszcze w zoo Willowbank, 20 km od Christchurch. Jest to świetne miejsce na wizytę z małymi dziećmi, bo zoo zamieszkują głównie nowozelandzkie zwierzęta i ptactwo. Położone jest w lesie, na bagnistym terenie, a po całym terenie chodzi się tylko wąskimi ścieżkami i drewnianymi pomostami. Na końcu znajduje się mała farma z kucami, owcami, kurami, osłem i miejscem piknikowym. Udało nam się również zobaczyć narodowego ptaka Nowej Zelandii, czyli KIWI. Jest to ptak nocny, więc żeby go obejrzeć wchodzi się do zaciemnionego pomieszczenia z kawałkiem lasu. Kiwi widzieliśmy dwa. Śmieszne takie, trochę podobne do kury, ale bardziej okrągłe. Nie spodziewałam się, że są one aż tak duże.

Dzień 20 Nd 18-09-2011 Rotorua

Christchurch pożegnało nas pięknym słońcem, a Rotorua powitała nas ulewnym deszczem i smrodem siarki. Zgniłym jajem zaczęło już zalatywać, jak zniżyliśmy się do lądowania. Nie było wątpliwości że wkroczyliśmy na obszary geotermalne. Niestety, przegapiliśmy autobus do centrum i godzinę czekaliśmy na lotnisku na następny. Ale za to w międzyczasie przestało padać.
Po południu dotarliśmy do naszego hotelu - bardzo ładnego miejsca w centrum miasta. Po raz pierwszy w tym kraju, w pokojach widzimy kaloryfery. A to tylko dlatego, że wszyscy tutaj korzystają z ogrzewania geotermalnego. Mamy też na podwórku, w szopie malutki basen z gorącą wodą. Liliana zachwycona, mimo że woda naprawdę gorąca, jakieś 40C.
Wieczorem, ciekawi jak wygląda to bardzo znane nam z nazwy miasteczko, wyruszyliśmy na spacer po centrum. Pierwszy był miejski park, z bulgoczącymi i dymiącymi dziurami w ziemi. Wszystko otoczone małymi płotkami, bo temperatura wody z bajorkach dochodziła do 100C. Niesamowicie to wyglądało przy zachodzącym słońcu. Wszystko parowało i dymiło. Dym wydostawał się nawet ze studzienek kanalizacyjnych. Na niektórych podwórkach widać było małe, prywatne gejzerki.

Dzień 21 Pn 19-09-2011 Rotorua (Wai-O-Tapu, Whakarewarewa)

W okolicach Rotorua znajduje się co najmniej kilka parków geotermalnych i pojedynczych miejsc, gdzie można oglądać różne śmierdzące i bulgoczące źródełka. My zdecydowaliśmy się na wycieczkę do najbardziej znanego miejsca: Wai-O-Tapu, 30 km od Rotorua. Niestety, nie ma tam dojazdu transportem publicznym, więc musieliśmy wykupić miejsce w prywatnej buso-taksówce (25NZD/os). Ku naszemu zaskoczeniu, kierowca powitał nas po polsku. Okazało się ze przez kila lat pracował w Polsce jako nauczyciel angielskiego. Na początek wycieczki pojechaliśmy zobaczyć gejzer Lady Knox, którego wybuch codziennie punktualnie o godzinie 10.15 stymulowany jest poprzez wrzucenie doń kostki ekologicznego mydła. Czego się nie robi dla turystów! Ogólnie gejzer był średni, jeśli ktoś, tak ja my, widział przedtem niesamowite gejzery na Islandii.
Trasa po parku geotermalnym Wai-O-Tapu ma około 1,5 kilometra i składa się z trzech pętli. Większość dało się przejechać wózkiem, przenosząc dziecko tylko na kilku zejściach schodami. Tylko ostatnia pętelka była już typowo piesza, więc pokonaliśmy ją z Adamem na zmianę. Całość zajęła nam dwie godziny, bo jednak sporo czasu spędzało się na fotografowaniu niesamowicie kolorowych bajorek. Najpiękniejsze były w okolicy tzw Champagne Pool, czyli szampańskiego basenu w kolorze zielono-żółto-pomarańczowym. To stąd pochodzą te najbardziej znane, ostro pomarańczowe fotki zasiarczonych skałek. Było też jezioro ostro zielone i wiele mydlanych źródeł o bardzo wysokiej temperaturze. Miejsce na pewno warte odwiedzenia, chociaż chodzi się po dokładnie wyznaczonych ścieżkach i przy tłumach turystów atmosfery tajemniczości raczej tam już nie ma..
Będąc w Nowej Zelandii nie sposób nie odwiedzić maoryskiej wioski. A takich miejsc w Rotorua jest mnóstwo, bo właśnie w tych okolicach, oprócz Auckland, znajduje się najwięcej Maorysów. Miejscowa ludność już dawno nauczyła się jak wykorzystać swoją egzotykę i wybór wycieczek po wioskach maoryskich w okolicy jest duży, ale też bardzo kosztowny (45-100NZD/os!). Zazwyczaj w skład wycieczki wchodzi maoryski posiłek, zwiedzanie terenu wioski, tańce, muzeum itp. Itd. My nie bardzo byliśmy chętni by aż tyle kasy wydać i zdecydowaliśmy się na najbardziej ubogą w atrakcje wioskę, znajdującą się na obrzeżach Rotorua: Whakarewarewa. Pakiet minimum obejmował godzinne tańce maoryskie i chodzenie po wiosce z przewodnikiem. Fajnie było się przyjrzeć jak do dziś dnia Moarysi mieszkają, w małych domkach, otulonych ciepłą mgłą geotermalnych źródeł. Mieszkańców w godzinach popołudniowych w wiosce za dużo nie było, głównie pozostali ci, którzy obsługują turystów. Reszta pracuje w mieście i do domów wraca dopiero jak bramy wioski zamykają się dla zwiedzających.
Tańce maoryskie nawet nam się podobały, chociaż obawialiśmy się że wypadnie to nieco kiczowato. Mała salka, pełna ludzi i 5 osób z wioski tańczących i śpiewających przez około godzinę. Lila była nieco przerażona, tak że aż dostała wypieków i cały czas kurczowo trzymała się szyi Mamy. Wymęczeni atrakcjami dość chłodnego i pochmurnego dnia, szybko idziemy spać, rezygnując nawet z naszego kurnikowego basenu.

Dzień 22 Wt 20-09-2011 Rotorua - Hamilton - Auckland

O 8.30 wyjazd z Rotorua autobusem InterCity do Auckland, przez Hamilton. Lila przespała połowę z 4-godzinnej trasy. Kierowca znów służył za przewodnika, opowiadając długie historie o mijanych miejscowościach.
W Auckland wysiedliśmy pod Sky Tower, czyli najwyższą wieżą w mieście. Idealne miejsce na rozpoczęcie zwiedzania. Wystarczy wjechać na szczyt i całe miasto jak na dłoni. Zostawiliśmy plecaki w przechowalni na dworcu autobusowych i stanęliśmy w kolejce do windy. Niestety, ponieważ dość mocno wiało, wjechać można było tylko na niższy poziom, ale było to i tak bardzo wysoko. Widok ze 180 metrów rzeczywiście był wspaniały.
Można z pewnością powiedzieć, że Auckland to jedyne miasto przez duże M w tym kraju. My jednak za bardzo nowoczesnych miast zwiedzać nie lubimy. Pokręciliśmy się trochę po centrum i nadbrzeżu i zdecydowaliśmy się na zakończenie pobytu w Nowej Zelandii zabrać jeszcze raz Liliankę do zoo - tym razem było to Oceanarium Kelly Tarlton, z pingwinami i rekinami. Miejsce fajne, ale dość małe. Największą atrakcją był wjazd mini pociągiem arktycznym do pomieszczenia z pingwinami. Wagoniki powoli przesuwały się po torach, a my obserwowaliśmy pingwiny zza szyby. Tak nam się podobało, że przejechaliśmy się dwa razy.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Onehunga, gdzie mieszka Adama kolega ze studiów, Robert. To u jego rodzinki spędziliśmy ostatnią noc przed odlotem.

Dzień 23 Śr 21-09-2011 Auckland - Seul

Lot Auckland - Seul jest o godzinę dłuży niż w odwrotnym kierunku, czyli 11,5 godziny. Lilianka z tego przespała tylko 2 godziny więc wszyscy byliśmy nieco wymęczeni. W Seulu mieliśmy tylko 17 godzin, więc zakładaliśmy, że cały czas spędzimy w hotelu. Hotel fundowały nam linie lotnicze, jako, że nie było wcześniejszego połączenia do Londynu. Spodziewałam się jakiegoś podstawowego noclegu na, lub w okolicy, lotniska. I rzeczywiście daleko od lotniska to nie było, ale hotel znacznie przekroczył nasze wyobrażenia. Była to ogromny, elegancki Hayatt Regency, z wielkim basenem (stroje kąpielowe zostały w głównym bagażu... buuu :-( Jako, że większość lotów do Europy odbywała się dopiero po kilkunastu godzinach, całe samoloty pasażerów z Australii i Nowej Zelandii były kierowane do tego hotelu. Dostaliśmy bony na kolację i śniadanie w hotelu oraz na przekąskę na lotnisku następnego dnia.
Kolacja była przygotowana w osobnym pomieszczeniu dla wszystkich gości w transferze. Szwedzki stół i masa jedzenia, europejskiego i koreańskiego. Tylko napoje były płatne. Jeszcze fajniejsze było śniadanie, w wielkim lobby. Zjeść można było dosłownie wszystko, więc długie i miłe przedpołudnie spędziliśmy przy bardzo przedłużającym się śniadaniu. Dziękujemy ci Korean Airlines ;-)

Dzień 24 Czw 22-09-2011 Seul - Londyn

Dzień 25 Pt 23-09-2011 Londyn - Berlin - Poznań

ps All Blacks, czyli nowozelandzka drużyna ruggby zodbyła mistrzostwo świata 2011, pokonujac w finale Francuzów!

Po bardzo nerwowym finale, cała Nowa Zelandia pęka z dumy :-)

 

 
Home