|
Dzień 1 14-07-2005
Ruszamy na podbój Kilimandżaro! Właśnie ta góra jest celem naszej wyprawy, a przy okazji mamy
zamiar pooglądać też zwierzaki na safari, a na końcu odpocząć na rajskiej wyspie Zanzibar. Wstępne
plany wyprawy mieliśmy już ponad rok temu, ale tak na poważnie organizacja zaczęła się w styczniu
tego roku od poszukiwań taniego połączenia lotniczego do Nairobi. Za dużo do wyboru nie mieliśmy.
W końcu stanęło na najbardziej korzystnym, bo nie można tego nazwać tanim (ponad 3100 zł. za bilet
w klasie Q), Swiss Air. Bilety kupowaliśmy bezpośrednio w liniach lotniczych. Pocieszające, że za
tę cenę udało nam się zarezerwować wylot do Nairobi, a powrót z Dar es Salaam. Rezerwacja jednak
była tylko na 3 dni i w tak krótkim terminie w styczniu musieliśmy zadecydować czy jedziemy i
zebrać ekipę. Trochę mało czasu i na decyzję i na zebranie takiej kasy, ale jakoś się udało (wrocławski
koncert Tiamatu odegrał tu też sporą rolę :). Na wyjazd zdecydowały się cztery osoby: Emilia, Paweł,
Krzysiek i ja. Los sprawił, że w końcu pojechaliśmy tylko w trójkę, Emilia tuż przed wyjazdem wylądowała w
szpitalu i nie udało jej się już do nas dojechać.
Lot Warszawa-Zurich-Nairobi trochę nam się
dłużył, bo na lotnisku w Zurichu mieliśmy całonocną, dwunastogodzinną przerwę. Na szczęście bez
problemów przespać się można było na ławkach. Na całym terminalu na noc zostaliśmy tylko my i kilka
sprzątaczek.
Dzień 2 15-07-2005
Lot do Nairobi był całkiem przyjemny, szczególnie że była bardzo dobra widoczność, całą drogę popijałam
pyszne campari, a i jedzenie było niczego sobie. Do stolicy Kenii dotarliśmy dopiero po 18-tej, czyli
już po zachodzie słońca. Odstaliśmy w kolejce po wizę tranzytową (20 $ na 7 dni - próbowali nam wmówić
że jest tylko na dobę i musimy kupić wizę za 50$, ale to nieprawda) i ruszyliśmy na poszukiwanie naszego
transportu. Dużo czytaliśmy o niebezpieczeństwach czyhających na białych turystów po zmroku w Nairobi,
dlatego też postanowiliśmy już przed wyjazdem zarezerwować nasz pierwszy nocleg i transfer z lotniska do
hotelu (5$/os.). W końcu były to nasze pierwsze kroki na afrykańskiej ziemi i zupełnie nie wiedzieliśmy
czego się spodziewać. Paweł znalazł polecaną przez kogoś stronkę www.nairobibackpackers.com i do tego
hotelu napisaliśmy (7$/os. w dormitory ze śniadaniem). Okazało się że prowadzi go starszy Anglik,
mieszkający na stałe w Nairobi. Bardzo przedsiębiorczy facet - wszystko u niego można załatwić od safari
po wyjazd na Kilimandżaro, tylko targować się wcale nie chciał. Odebrali nas z lotniska i zawieźli do
całkiem sympatycznego hoteliku atmosferą przypominającego schronisko młodzieżowe. My tak do końca nie
wiedzieliśmy co dalej chcemy robić w Kenii - mieliśmy tylko trzy dni i wiele do wyboru: Nairobi
National Park, Naivasha, muzeum Karen Blixen, safari w Maasai Mara. Zdecydowaliśmy się na to ostatnie,
bo akurat z naszego hotelu ruszała następnego dnia wyprawa safari, do której mogliśmy dołączyć. Po
ciężkich negocjacjach ustaliliśmy cenę 80$ za dzień (dojazd, bilety wstępu, spanie w namiotach z
łóżkami, 3 posiłki dziennie gotowane przez kucharza, woda, przewodnik i kierowca z jeepem) oraz
dodatkowo darmowy nocleg ze śniadaniem po powrocie z safari w Nairobi. Jak na warunki kenijskie nie
była to niska cena, ale i tak nie mieliśmy czasu na poszukiwanie oferty w innych agencjach. Największą
zaletą było to że ruszaliśmy od razu następnego dnia rano.
Dzień 3 16-07-2005
Rano przyjeżdża po nas samochód terenowy i zabiera nas do parku narodowego Maasai Mara. Przed nami
prawie 6 godzin jazdy, najpierw po całkiem dobrej jakości asfaltowej drodze, mijając słynne Great
Riff Valley, czyli wielki Rów Afrykański, później po połatanej, dziurawej, ale nadal asfaltowej drodze,
a na końcu już po drodze szutrowej. Co chwila mijaliśmy pasące się przy drodze stada bydła, pilnowane

przez tradycyjnie na czerwono ubranych Masajów. Każdy Masaj obowiązkowo trzymał w ręce kijek. Tak
właśnie wyobrażałam sobie Afrykę.
Jechało nas razem 6 turystów, kierowca oraz przewodnik - Masaj
z dziurawym uchem. Już przed granicami parku narodowego udało nam się spotkać pierwsze zwierzaki -
stadko żyraf. Wpadliśmy zachwyt - kierowca zboczył z trasy tak byśmy mogli się z bliska przyjrzeć
zwierzętom. Do naszego kampingu, znajdującego się niedaleko Olooaimutia Gate, zajechaliśmy przed
wieczorem i od razu ruszyliśmy na krótkie safari o zachodzie słońca. Zwierząt była masa - ledwo
przekroczyliśmy bramy parku, przed naszym samochodem przebiegło stado impali. Potem były strusie,
niewzruszona licznymi samochodami lwica, znów żyrafy, na tle zachodzącego słońca oraz słonie.
Wieczorem czekała na nas pyszna kolacja, przygotowana przez naszego kucharza. A potem zapadła czarna
noc, a my nie mogliśmy zasnąć, wsłuchując się w odgłosy pobliskiej sawanny. Od oficjalnych granic parku
dzielił nas tylko krzaczasty płot. Naszego bezpieczeństwa pilnował Masaj z łukiem - bezszelestnie
zjawiał się na każdy odgłos dochodzący z krzaków.
Dzień 4 17-04-2005
Dziś cały dzień safari. Rozpoczynamy wcześnie rano, przed śniadaniem, to najlepsza pora na oglądanie zwierzaków. Niestety jeep od razu za obozem odmawia posłuszeństwa
- tym razem to nie chłodnica a przebite koło. Wymiana poszła naszym Masajom bardzo sprawnie - widać że to nie pierwszy raz. Od rana mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy
na trójkę lwów, w tym jednego grzywacza. Nic tak nie przyciąga turystów jak lew, więc już po paru minutach naokoło miejsca, gdzie leniwie przechadzały się lwy,
zgromadziło się około 15 - 20 pojazdów. I każdy próbował podjechać jak najbliżej by mzungu mógł sobie zrobić ciekawą fotkę. Najbardziej udało się tym, którzy
ustawili się po dwóch stronach mostku - lwy rozłożyły się między samochodami. Ja jednak bezpieczniej czułam się w większej odległości, szczególnie że nasz samochód,
jako jedyny, nie miał podnoszonego dachu, tylko zdejmowane klapy, tworzące dziurę, przez którą teoretycznie wściekły lew mógłby nas zmasakrować ;).
Po śniadaniu ruszyliśmy na drugą część safari - tym razem była to wyprawa w odległe krańce parku, aż pod granicę tanzańską, do rezerwatu Transmara, gdzie nad rzeką
można spotkać stadka hipopotamów i krokodyle. Hipcie były w dużych ilościach, krokodyli nie zauważyłam, jedynie strażnik pokazywał nam pęcherzyki powietrza na rzece,
mogące świadczyć o ich bytności.
Na sawannie widzieliśmy też migrujące z Serengeti, ogromne stada gnu, oraz samotnego, falującego wielkimi uszami,
przemierzającego bezkresne trawiaste tereny słonia i dwa cętkowane gepardy. Przydała się lornetka, bo czasu na obserwowanie zwierząt mieliśmy dużo. Kierowca zazwyczaj
zatrzymywał się i wyłączał silnik tak byśmy mogli w spokoju zrobić zdjęcia i popatrzeć na zwierzaki.
Dzień 5 18-07-2005
Przez ostatnie dwa dni zobaczyliśmy tyle zwierząt, że postanowiliśmy nasz trzeci dzień safari w parku zamienić na tzw. Walking safari poza granicami Maasai Mara.
Kasa, jaka poszłaby na wstęp do parku została przeznaczona dla naszych Masajów i dla ich wioski, do której nas mieli zaprowadzić na pieszo. Masajowie pokazywali
nam różne gatunki roślin i drzew (głównie akacje) i tłumaczyli do czego ich używają. Profesjonalnie rozpalili tez ogień przy użyciu kilku specjalnych kawałków drewna.
Po około dwóch godzinach doszliśmy do rodzimej wioski naszego przewodnika. Na początek poczęstowano nas bardzo słodką herbatą w masajskiej chacie. Herbata zła nie
była, ale w chacie było strasznie gorąco, duszno, ciemno i śmierdząco. Zamiast okien były tylko wąskie otwory, tak by dzikie zwierzęta nie mogły się dostać do wnętrza domu.
Na środku było palenisko, z którego sączył się gryzący dym, odstraszający ponoć wszelkie robactwo, a po bokach znajdowały się zasłane skórami łóżka mieszkańców.
W izbie obok trzymano młode zwierzęta np. cielaki. Taką chatę, pod czujnym okiem teściowej, buduje zawsze dla swojego męża młoda żona. Nasz przewodnik przyznał,
że on nawet nie wie jak taki dom powstaje. W wiosce mogliśmy robić dowolna ilość zdjęć, co nas bardzo ucieszyło, bo raczej trudno jest zrobić zdjęcia Masajom
przy drodze lub w mijanych na trasie wioskach. Od razu trzeba by im sporo zapłacić. A tu już wszystko było "w cenie". Wizyta zakończyła się kupnem drobnych
upominków wyrabianych przez Masajki.
Dzień 6 19-07-2005
Po trzech dniach z kawałkiem przyszło nam opuścić Kenię. Niestety już więcej czasu nie mogliśmy tu spędzić, bo czekało przecież na nas Kilimandżaro! Mieliśmy
jechać do Arushy, ale po wejściu do autobusu nasze plany zmieniły się i postanowiliśmy od razu jechać do Moshi. Nie wiem czemu przedtem na to nie wpadłam. W Moshi
można wynegocjować najniższe ceny jeśli chodzi o treking na Kili. My jeszcze dodatkowo chcieliśmy z tą samą agencją jechać na safari i Meru i dlatego myślałam o
Arushy, ale w końcu stanęło na Moshi. Nasz bus Impala Shuttle jechał akurat do Moshi za tę samą cenę 15 usd/os.
W Moshi dopadł nas od razu tłum przedstawicieli
różnych agencji trekingowych. Było oczywiste, że jak jakiś biały wysiada z autobusu, to na pewno będzie chciał wejść na Kili. Trochę nas ten tłum przytłoczył, bo
tak naprawdę był to nasz pierwszy kontakt z tubylcami. Przedtem w Kenii wszystko załatwiało się przez hotel. Staliśmy na skrzyżowaniu z ciężkimi plecakami i nie
wiedzieliśmy co robić: czy najpierw szukać noclegu czy agencji trekingowej. Ta druga możliwość była o tyle lepsza, że z agencją często można wynegocjować od razu
w cenie trekingu parę darmowych dodatkowych noclegów. Ale szukanie agencji i prowadzenie negocjacji z całym bagażem przy sobie to też żadna przyjemność.
Postanowiliśmy więc jednak poszukać jakiś budżetowych noclegów. Za nami już szło paru przedstawicieli agencji, którzy nam dzielnie w poszukiwaniach sekundowali,
wskazując nam co tańsze opcje. Niestety nigdzie nie było miejsc albo ceny przekraczały 15 usd za dwójkę. Wbrew radom naszego przewodnika LP, zdecydowaliśmy się
więc zaufać jednej z agencji, która dopadła nas na chodniku. Przekonała nas pozytywna recenzja sprzed miesiąca, wpisana w naszym rodzimym języku przez Polkę do
twz. Comment book. Negocjacje z wybraną przez nas agencją Kessy Brothers trwały pond dwie godziny. Byliśmy dobrze do nich przygotowani i chcieliśmy uzyskać jak
najwięcej w jednej cenie, czyli safari, dowóz i odbiór z Momela Gate (wejście na Meru), Kilimandżaro oraz darmowe noclegi pomiędzy.
Wynegocjowaliśmy:
595$ Kili, 90$ na 3 os. za dowóz i odbiór z Momela Gate, 270$ za 3 dni safari za os. plus 4 darmowe noclegi w Moshi lub Arushy. Szczegółowe warunki
zostały spisane w kontrakcie, łącznie z kwotami w USD, z podaniem daty noclegów, hoteli, wyposażenia na safari, na trekingu na Kili oraz liczby wynajmowanych
pracowników. Zasada jest taka, że dostaje się tylko to, co zostało spisane. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, kiedy to zapomniano wziąć dla nas karimaty
na Kili, ale ponieważ były wpisane w kontrakcie to przewodnicy musieli nam oddać swoje.
Dzień 7 20-07-2005
Przez te wyczerpujące negocjacje to tak do końca już sami nie wiedzieliśmy na którą się umówiliśmy na safari na dzisiaj. Już od 6.30 czekaliśmy więc w hotelowej
restauracji, zastanawiając się czy może była to 7.30, czy może ten nasz jeep w ogóle nie przyjedzie. Przyjechał przed 8-mą, zapakował naszą trójkę i pojechał
załatwiać sprawy organizacyjne, czyli min. benzynę, jedzenie itp.
Do parku Tarangire dotarliśmy niestety w samo południe. Było tu zupełnie inaczej niż
w Maasai Mara - o wiele wyższa trawa, dużo drzew akacji i BAOBABY. I to właśnie baobaby są głównym powodem, dlaczego warto tu było przyjechać. Krajobrazy były
świetne, aczkolwiek zwierzęta o wiele trudniej było tu wypatrzyć, bo trawa była o wiele wyższa niż w poprzednim parku. Nie dało się jednak nie zauważyć słoni,
zebr, czy żyraf, które tu wyraźnie dominowały.
Jeździliśmy tak ponad 4 godziny, a potem ruszyliśmy na nocleg do wioski Mto Wa Mbu (River of mosqitos -
dobrze że jedliśmy ten lariam;). Kamping całkiem przyzwoity, ale niestety w samym centrum miejscowości. Noclegi w Tanzanii w okolicach parków lub na ich
terenie są bardzo drogie i dlatego miejscowi dla obniżenia kosztów organizują takie kempingi w pobliskich miasteczkach.
Dzień 8 21-07-2005
Kolejny park narodowy nas zaskoczył - znów jest zupełnie inaczej. Wcześnie rano, we mgle i lekkiej mżawce, przez góry dojechaliśmy do bram parku, następnie
wspięliśmy się na brzeg krateru i zjechaliśmy z powrotem na dół. Nasz kierowca zapowiedział, że jak zjedziemy na dno to na pewno pojawi się słońce. I rzeczywiście
tak się stało.
Na dnie krateru znajduje się słone jezioro z flamingami. Niestety jest ono dość wysuszone i za blisko nie da się podjechać. Ptaki obserwować
można tylko przez lornetkę. Za to znów z bliska widzieliśmy lwy - grzywacze i hipopotamy. W ogóle było bardzo dużo zwierząt i łatwo było je zauważyć, bo była bardzo
niska trawa i oprócz małego lasku praktycznie nie było nigdzie drzew. Ale za to lasek był bajkowy - jak z krainy czarów: zielone, powykręcane, omszałe, stare akacje
i wijąca się pomarańczowa droga. Podobno było to miejsce, gdzie spotkać można nosorożce. My niestety tego szczęścia nie mieliśmy, ale nie dziwię się, skoro w całym
raterze jest ich tylko 9.
Dzień 9 22-07-2005
Ostatni dzień safari, za namową naszego kierowcy, zamieniliśmy na Cultural Tourism Programme. Tak samo jak w przypadku Maasai Mara, nasza kasa na bilety wstępu do
parku została przeznaczona na potrzeby lokalnej ludności. Program ten zapoczątkowali i wspierają od 1996 roku Holendrzy. Organizacja ma min. na celu propagowanie
podtrzymywania tradycji przez lokalne plemiona i wykorzystanie tych tradycji jako atrakcji przyciągających turystów. Ma to nauczyć miejscowych zdobywania środków
finansowych na utrzymanie swoich wiosek, zamiast polegania tylko na pomocy rządowej. Zebrane pieniądze przeznaczane są zawsze na potrzeby całej wioski np. na szkołę,
maszyny rolnicze, drogi itp.
Na początku niewiele wiedzieliśmy o tym programie i nie byliśmy zbyt chętni do uczestniczenia. Obawialiśmy się że będzie to taki
sztuczny folklor tworzony na potrzeby białych. Przekonał nas przewodnik, który przyszedł na nasz kemping wieczorem i zaczął szczegółowo opowiadać jak wyglądają godziny
spędzone w wiosce. Dużą zaletą była możliwość robienia zdjęć nie tylko dzieciom ale również dorosłym mieszkańcom i ich domostwom.
I tak rano najpierw ruszyliśmy
do miejscowego browaru, gdzie warzono piwo bananowe. Produkcja nie wyglądała zachęcająco - bordowoczerwone banany fermentujące w wielkich plastikowych beczkach...ale
spróbować trzeba było. Poszliśmy dalej, próbując po drodze niesłodkich, tym razem smażonych bananów - podstawowego posiłku miejscowej ludności. Smakowały jak wyschnięte
frytki. Wstąpiliśmy też do młyna, "pracowni" miejscowego artysty i przedszkola. To ostatnie to właściwie była taka mini-szkoła dla maluchów wieku 4-6 lat. Dzieciaczki
uczyły się tam min. dodawania. W Tanzanii szkoła jest obowiązkowa i bezpłatna tylko do 10-tego roku życia, więc już takie maluchy uczy się jak najwięcej, bo często
rodziców nie stać na płatną edukacje i te pierwsze lata to jedyna nauka jaką mogą otrzymać. Dzieci powitały nas głośnym okrzykiem MZUNGU, a następnie męczyły nas pytaniami
typu co robimy dla ich kraju, szkoły itp. Kolejnymi atrakcjami były plantacja bananów oraz wizyta w wiosce i na targu masajskim. Wioska wyglądała jeszcze biedniej, niż ta
którą odwiedziliśmy w Kenii. Totalna susza, biedne chatki i tłumy dzieci. Znacznie ciekawszy był targ masajski. Trafiliśmy akurat na cotygodniowy duży targ, na który
schodzą się Masajowie z odległych wiosek. Kupić tam można było wszystko, począwszy od sandałów z opon samochodowych, plastikowych misek, owoców, warzyw, kończąc na
piwie bananowym i grillowanym kozim mięsie.
Wieczór spędziliśmy w Arushy - dużym, chaotycznym mieście, jednak nie tak klimatycznym jak Moshi. Za to po raz
pierwszy udało nam się zjeść naprawdę lokalny obiad, w barze na zapleczu knajpki z piwem. Była ryba, ryż i jakaś dziwna zupa. I do tego piwko.
|