|
Dzień 19 02-08-2005
Nie było nam dane wyspać się po Kili, ponieważ już o 6.30 rano wyjeżdżał nasz autobus do Dar es Salaam. Do wyboru mieliśmy
Buffalo i Dar Express. Zdecydowaliśmy się na to drugie, chociaż później okazało się, że między liniami nie było zbyt wiele
różnic. Całą trasę autobusy prześcigały się nawzajem i w sumie dotarły o tej samej godzinie do celu. A był to naprawdę krótki
czas. 600 km między Moshi a Dar pokonały w nieco ponad 6 godzin. Ja miałam wrażenie jakby nasz kierowca cały czas trzymał
maksymalnie nogę na gazie, gwałtownie hamując tylko na widok rozmieszczonych po drodze progów zwalniających.
Na dworcu w Dar kierowca autobusu polecił nam taksówkarza, a że spieszyło nam się na prom to postanowiliśmy zaryzykować i
za namową tegoż taksówkarza poszliśmy kupić bilety do biura, które nam zarekomendował. Twierdził, że jest to oficjalne stanowisko
sprzedaży biletów w porcie. I rzeczywiście było przy porcie, ale zbyt profesjonalnie nie wyglądało. Po ostatnich dniach
byliśmy tak zakręceni i mało czujni, że kupiliśmy tam bilety. Cena była taka sama jak w naszym przewodniku, czyli 35$ za
Sea Bus. Przy okazji facet polecił nam hotel na Zanzibarze - w Stone Town. Cenę udało nam się wynegocjować dość niską,
bo 33$ za dwupokojowy apartament z łazienką. Nasz pośrednik chciał, żebyśmy od razu jemu za ten pokój zapłacili, ale na
to się nie zgodziliśmy. W końcu stanęło na tym, że on dostanie 5$ a resztę płacimy w hotelu. Po wejściu na prom przyjrzałam
się uważnie naszym biletom. Wpisana była na nich cena 25$ plus 5$ opłata portowa..czyli jednak daliśmy się naciągnąć na 5$
od osoby! Ale duża strata to nie była, bo hotel jaki zarezerwował nam ten pośrednik okazał się świetny (Narrow Street
Hotel)! Cena z LP wynosiła 50$,a my po dalszych negocjacjach, już z właścicielem, zapłaciliśmy po 10tyś. szylingów. Była
to bardzo dobra cena jak na Zanzibar, a hotelik w stylu kolonialnym, zadbany i w samym centrum starej części Stone Town.
Niestety jak na złość już w Dar pogoda się nieco popsuła - zrobiło się chłodno i pochmurno. I tak samo przywitał nas
"słoneczny" Zanzibar :) Największą atrakcją pierwszego wieczoru zamiast zachodu słońca, okazała się kolacja w parku na
wybrzeżu. Świeżo grillowane szaszłyki z krewetek, merlina, king fisha, tuńczyka i homara smakowały niesamowicie! Wieczór
zakończyliśmy w turystycznej knajpce na wybrzeżu, paląc fajkę wodną z tytoniem jabłkowym i popijając piwko. Było to jedno z niewielu miejsc na
tej muzułmańskiej wyspie, gdzie w ogóle można było dostać piwo!
Dzień 20 03-08-2005
Wg planów dzisiejszy dzień mieliśmy spędzić na plaży, ale nie było sensu, ponieważ od rana padał deszcz. Postanowiliśmy
się więc udać na wycieczkę "spice tour". W ciągu dnia trochę się rozpogodziło, więc nawet fajnie się chodziło po plantacjach
przypraw. Po raz pierwszy widziałam jak rosną używane przez mnie w kuchni przyprawy: krzaczasta kurkuma, imbir, kardamon,
lemon grass i pieprz. Mieliśmy też okazję spróbować kilku egzotycznych owoców takich jak: karambola, jack fruit i durian.
O tym ostatnim już kilka razy słyszałam, ale nigdy nie miałam odwagi go kupić. Durian to najbardziej śmierdzący owoc na
świecie.
Jest przysmakiem nie tylko w Afryce, ale również w Azji. W wielu krajach istnieją zakazy wchodzenia z durianem
do hoteli, autobusów, samolotów i instytucji państwowych ze względu na bardzo intensywny nieprzyjemny zapach owocu. Smak
to coś miało dziwny - taki słodkawy, lepki czosnek. Zapach podobny do popsutego mięsa. Do jedzenia nadaje się tylko
miąższ z samego środka, ale nie dało się zjeść tego więcej niż jedno ziarenko.
Nasza wycieczka obejmowała też
wizytę w miejscu przetrzymywania niewolników, działającym długo po zakazie handlu niewolnikami. Na koniec mieliśmy
obiad typu "spice tour", czyli ryż z przyprawami i wegetariański sos, a potem godzinka wolnego na plaży. Było już po
południu i do tego czasu zrobiło się na tyle ciepło i słonecznie, że postanowiliśmy się wykapać w Oceanie Indyjskim.
Potem okazało się, że była to nasza jedyna kąpiel w oceanie na tej wyspie.
Całe popołudnie włóczyliśmy się po przepięknych, wąskich, kolonialnych uliczkach Stone Town. Warto tu spędzić więcej niż
jeden dzień - każdy zakątek zachwyca, a chodzić można godzinami, podziwiając rzeźbione drewniane drzwi, drewniane, malowane
okiennice i odrapane mury pamiętające czasy konkwistadorów.
Dziś mieliśmy więcej szczęścia, bo do wieczora zrobiła się
już taka ładna pogoda, że załapaliśmy się na pomarańczowy zachód słońca na nabrzeżu, z drewnianymi rybackimi kutrami,
żaglówkami i stateczkami w tle. Ostatnim punktem wieczoru był zakup biletów na jutro, na nocny prom Flying Horse
(20$). Tym razem już nie daliśmy się nabrać naciągaczom i bilety nabyliśmy bezpośrednio w biurze agencji na terenie portu.
Dzień 2104-08-2005
Ostatni dzień na wyspie. I znów pogoda zmienna. Nie ma sensu jechać na plaże, a tutaj oprócz plaży, spice tour i Prisoner's
Island nie ma nic innego do roboty. Z atrakcji została więc nam podróż na wyspę i oglądanie ogromnych żółwi. Niestety okazało
się, że żadna wycieczka tego dnia nie jest organizowana i musieliśmy sami wynajmować łódź. Wyszło nam to troszkę drożej ale
za to mieliśmy łódkę dla siebie. Żółwie znajdując się na ogrodzonym terenie, a za wstęp zapłacić trzeba było jeszcze aż 4$!
Dodatkowo można kupić liście szpinaku, którymi karmi się żółwie. Największą atrakcją jest możliwość podejścia do żółwików,
pogłaskania ich po szorstkiej główce i zrobienie sobie z nimi zdjęcia. Na wyspie znajduje się też restauracja, ale w tym
czasie kiedy byliśmy, była akurat w remoncie. Standardowo wizyta na wyspie trwa 2 godziny. U żółwi raczej nie spędzi się
więcej niż 40 min., a resztę czasu turyści zazwyczaj siedzą na malutkiej plaży, opalając się i kąpiąc. My postanowiliśmy
przejść się kawałek wzdłuż wybrzeża. Niestety całej wyspy nie da się obejść. Wieczór upłynął nam na ponownym
włóczeniu się po Stone Town, a o 21 wsiedliśmy na nasz prom do Dar. Prom płynął bardzo powoli i lekko kołysał. Do Dar
dopłynęliśmy dopiero o 6-tej rano.
Dzień 22 05-08-2005
Samolot odlatywał dopiero o 21 i mieliśmy przed sobą cały dzień w nieoficjalnej stolicy Tanzanii. Za drobną opłatą
zostawiliśmy bagaże w YWCA i poszliśmy zwiedzać miasto. A była to dopiero 7-ma rano. Do 10-tej przeszliśmy już wszystko
wzdłuż wszerz. Jedyne czego szukaliśmy to knajpki z piwkiem, gdzie by można przesiedzieć parę następnych godzin.
Ponieważ mieliśmy bardzo dużo czasu postanowiliśmy dostać się na lotnisko publicznym transportem, mimo że wszyscy nam to odradzali.
Bus kursował dość często, ale był tak pełny, że pierwszy w ogóle musieliśmy przepuścić. Do drugiego się wepchnęliśmy i wcisnęliśmy
na koniec, ale w ogóle nie wiedzieliśmy gdzie wysiąść! Przywaleni wielkimi plecakami za bardzo nie widzieliśmy drogi.
W pewnym momencie mignęła nam tabliczka skrętu na lotnisko. Bus pojechał prosto, ale zaalarmowany, kawałek dalej się zatrzymał.
Był tak pełny że w ogóle nie dałoby się dość do drzwi z plecakami. Plecaki więc zostały wysadzone przez okno, a my przecisnęliśmy
się w kierunku wyjścia. Wszystko trwało mniej niż minutę, bo kierowca już nas poganiał, bo chciał jechać dalej.
I tak zakończyła się nasza afrykańska przygoda...
|