Morze, palmy, plaża, czyli Koh Chang
W drodze do Angkoru
Khmerska perełka
Kambodżańska stolica
Wietnamskie południe
Wyprawa motocyklowa w Kampot
Galeria

 

Dzień 17 02-12-06
Koh Chang

W planach mieliśmy tylko wypoczynek. Zaczęliśmy leniwie od śniadanka, w knajpce na pomoście nad morzem. Potem pierwsza kąpiel w niezwykle spokojnym i ciepłym morzu (a raczej w Zatoce Tajlandzkiej).
Wyspa jest na prawdę piękna, w całości porasta ja las deszczowy, a jedyne asfaltowe, górskie drogi prowadzą wzdłuż jej brzegów. Podstawowym transportem są tu małe motorki, które wypożyczyć mogą również turyści. My też tak postąpiliśmy. Pożyczyliśmy dwa, bo ja jakoś nie miałam odwagi jeździć po tych górach sama. Zresztą, dobrze zrobiłam, bo jazda nie była wcale taka łatwa. Tylko jeden motor dostaliśmy z automatyczną skrzynią biegów. Drugi szarpał przy zmianie biegów i miał problemy z hamowaniem. Pojechaliśmy zobaczyć południowy kraniec wyspy. Gdy wracaliśmy, zaczął padać deszcz, taka mała, tropikalna ulewa. Tylko jak po niej wrócić na motorkach, po stromych zakrętach do hotelu? Krzysiek jechał na tym gorszym motorze i niestety wpadł w poślizg na jednym zjeździe, a na drugim nie mógł wyhamować i zatrzymał się na bandzie. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Nie było sensu jechać dalej, więc tylko ja z Tomkiem, na motorku z automatyczną skrzynia biegów, podjechaliśmy wymienić kasę w najbliższym miasteczku i wróciliśmy na plażę. Zachód słońca jak w kiczowatym filmie, knajpki na plaży z grillowanymi rybami i egzotyczne drinki z kwiatem orchidei, na pomoście. Tak bym mogła spędzać sobotę, co tydzień.

Dzień 18 03-11-06
Koh Chang - Trat - Bangkok

Mamy jeszcze pół dnia lenistwa, czyli znów pływanie, kajaczki, piwko, schłodzony sok z lemonek.Oj, jest co robić na wyspie. Nie mieliśmy już czasu, by pójść na treking w głąb dżungli, pojeździć na słoniu, zobaczyć wodospady, czy popłynąć na sąsiednie, mniejsze wysepki.
O 13tej ruszyliśmy w 42 godzinną podróż do domu. Rozpoczęło się od szybkiego promu do portu w okolicach Trat, dalej zbiorową taksówką pojechaliśmy do miasta, kupiliśmy bilety na autobus do Bangkoku i pochodziliśmy chwilkę po bardzo ciekawym targu, specjalizującym się w jedzeniu. Można tam było kupić wszystko, poczynając od smażonych ryb i owoców morza, aż po japońskie sushi. Powrotna podróż z Trat do Bangkoku zajęła nam 6 godzin, ze średnia prędkością 50km/h, pomimo dwupasmowej autostrady. Kierowca wysadził nas na przedmieściach, w okolicach lotniska. Stamtąd mogliśmy wziąć taksówkę lub spróbować się dostać transportem publicznym. Dowiedzieliśmy się od kierowcy busa, że na pewno na lotnisko jeżdżą autobusy. Mimo, że było już po 22, uparcie czekaliśmy na nasz autobus. Udało się. Dojechaliśmy razem za niecałe 100 batów, czyli mniej niż jedna osoba by zapłaciła za przejazd szybkim autobusem dla turystów. Przy okazji odkryliśmy też Bus Terminal, niedaleko nowego lotniska. Pomiędzy terminalami odlotów i przylotów, a tymże dworcem autobusowym krąży darmowy Shuttle Bus. Zatrzymuje się on na najwyższym poziomie lotniska. Szkoda, ze tego nie wiedzieliśmy po przylocie.
Ostatnie drinki w samolocie i ... żegnaj Azjo!

Home