| Prolog i epilog w jednym
W ciągu 15tu dni przejechałyśmy ponad 3650km, okrążając wyspę południem, jadąc na wschód oraz północą, wracając do Hawany. Na koniec
pozostawiłyśmy sobie malowniczą Dolinę Vinales i dwa dni na zwiedzanie, już na pieszo, samej stolicy.
Uprzedzając najczęściej zadawane pytanie, czy Kuba rzeczywiście wygląda tak, jak na filmach i czy czas tam się
zatrzymał, zdecydowanie
mogę odpowiedzieć TAK. Stare auta z lat 50tych widać głównie w dużych miastach, w mniejszych miasteczkach i wioskach jeżdżą wozy konne,
wozy ciągnięte przez woły, czasami rowery, a przy głównych drogach spotkać można tłumy ludzi ustawionych w kolejce na stopa. Każdy
państwowy samochód ma obowiązek autostopowiczów zabierać. Na większych k rzyżówkach porządku pilnują umundurowani Kubańczycy, którzy
machając specjalną tabliczką Pare (Stop) zatrzymują auta i pakują do nich pasażerów. Samochody rozpoznawane są po kolorze tablic,
państwowe mają blachy niebieskie, wypożyczane przez turystów - czerwone, a jeszcze inne, bliżej mi nieznane typy, miały tablice żółte
i zielone. Dodatkowo spotkać można na trasie ciężarówki, z paką przerobioną na autobus (plandeka, ławeczki, a czasami przymocowane
krzesła). W Havanie godne polecenia jest przejechanie się tzw. Camello, czyli ogromnym metrobusem, ciągniętym przez tira.
Turyści jednak najczęściej wybierają najprostszą, ale zarazem najdroższą metodę poruszania się po wyspie, czyli wypożyczają
klimatyzowany samochód. Gdyby się uprzeć, da się przejechać od jednego dużego miasta do drugiego, główną trasą, autobusem, ale traci
się na to sporo czasu i nie ma szans dojechać w ciekawsze zakątki, znajdujące się przy bocznych drogach. Oczywiście zawsze można się
ustawić w kolejce stopowiczów, jednak stosunek przejeżdżających aut do ludzi czekających na transport najczęściej jest odwrotnie
proporcjonalny. Nowy, ekonomiczny samochód to koszt około 50-60 CUC za dzień. Biorąc pod uwagę, że turyści nawet za bilety autobusowe
płacić muszą w CUC, to przy kilku osobach koszty mogą być porównywalne.
Potencjalni kierowcy powinni brać pod uwagę, iż mimo, że ruch samochodowy na Kubie jest niewielki, prowadząc auto nieźle można się
namęczyć. Dobrej jakości droga jest jedna - Autopista Nactional, czyli narodowa autostrada, ciągnąca się od Pinar del Rio, po okolice
Santa Clara. Druga droga krajowa, Carretera Central, łącząca wschód kraju z zachodem, jest już znacznie gorszej jakości. Im dalej na
wschód tym więcej, mniej lub bardziej, połatanych dziur, a prędkość jazdy może spadać do 20-30 kilometrów na godzinę.
Kuba to też wszechobecne, wysławiające komunizm i jego bohaterów, przydrożne bilboardy.
Najwięcej ich spotkać można przy autostradzie, na wjazdach do dużych miast. Króluje Che Guevara, dużo też jest Camilo Cienfuegosa i
samego Fidela. Ani razu nie trafiłyśmy na dwa takie same plakaty, chociaż hasło Hasta la victoria siempre (Zawsze ku zwycięstwu!)
powtarzało się często. 
Komunizm kubański przejawia się również w niezmiennych od kilkudziesięciu lat mundurkach szkolnych z czerwonymi, pionierskimi chustami,
noszonymi dumnie przez najmłodsze dzieci. W szkołach wszyscy obowiązkowo uczą się rosyjskiego, ale jest to dla hiszpańskojęzycznych
ludzi język tak trudny, że raczej nie ma szans by się z kimś po rosyjsku dogadać.
Przestarzałe hasło Patria o Muerte (Ojczyzna albo śmierć) z pierwszych lat rewolucji, Castro zamienił na Socialismo o Muerte (Socjalizm
albo smierć), nie zmieniło to jednak faktu, że od lat kubańskie półki sklepowe świecą pustkami. Kubańczycy swoje kiepskie wypłaty
dostają w walucie zwanej moneda nacional. Towary inne niż podstawowe produkty żywnościowe, typu ryż, fasola, chleb i warzywa oraz rum
i papierosy, dostępne są za "dewizy", czyli peso covertible (CUC), drugą, aczkolwiek jedyną wymienialną, walutę, obowiązującą na wyspie.
1 CUC to mniej więcej 1 dolar i aż 25 pesos w walucie narodowej. Dla porównania, cena obiadu składającego się z ryżu z czarną fasolą,
ziemniaczanych chipsów i kawałka wieprzowego mięsa kosztuje 20 lokalnych pesos (niecały dolar), natomiast śniadanie u gospodarza na
noclegu to wydatek rzędu 3 CUC (trzy dolary, a przeliczając na walutę lokalna: 75 pesos)!
W lokalnych sklepach dostać można bez problemu i bez kartek rum, cygara i papierosy popularne. Dodatkowo, w wielkich i pustych
kafeteriach, zdarzają się suche buły z topionym serem,
tłustą mielonką i suchary. Nigdy natomiast nie można napić tam się kawy!
Świeże pieczywo dostępne jest o poranku u rowerowych sprzedawców obwoźnych, a w dużych miastach również w ciągu dnia, w piekarniach.
Puchate bułki, które z wyglądu przypominają nasze bułki mleczne, po kilku godzinach tak się kruszą, że ledwo nadają się do zjedzenia.
Czasami na lokalnych targach dostać można pyszne, małe banany, pomarańcza, guawy czy ananasy. Trudno jednak na jednym targu znaleźć
wszystkie owoce na raz. Jak już coś jest, to należy brać na zapas! Jeśli oczywiście uda się jakiś mały targ zlokalizować.
W miastach, przy drodze niekiedy natrafić można na stoisko z pieczonym w całości prosiakiem, sprzedawanym w
kawałkach w suchych
bułkach. Jest to jeden z bardziej pożywnych posiłków, jaki można dostać na wyspie za lokalną walutę (5-15 pesos). Po jakimś czasie
zorientowałyśmy się też, gdzie szukać wyżej wspomnianych jednodaniowych obiadów za 20 peso. Zazwyczaj podaje się je w pustych barach
w okolicach dworców autobusowych. Bar taki z daleka wygląda jakby nic nie sprzedawał (oprócz rumu i cygar, oczywiście), ale gdy się
zapyta, może się okazać, że mają arroz con cerdo. Warto podpytać też miejscowych, gdzie można coś zjeść. Nie oznacza to wcale, że w
każdej miejscowości da się znaleźć posiłek za lokalną walutę. Były miasteczka i miasta, gdzie nie udało nam się znaleźć nic i trzeba
było płacić kilkanaście razy wyższe ceny w CUC.
To tyle o jedzeniu. Na zakończenie kilka słów o noclegach. Najtańsza forma to casa particlar, czyli prywatne mieszkanie, w którym
nocować mogą 2-4 osób. Zabronione jest przyjmowanie więcej niż dwóch osób dorosłych i jednego dziecka w jednym pokoju. Zakaz ten w
turystycznych miastach jest ściśle przestrzegany, bo właściciele boją się donosów i wizyt inspektorów. Grozi im odebranie licencji,
a nawet utrata zamieszkiwanego domu. Każdy właściciel musi płacić państwu podatek 100-130 CUC miesięcznie za samą możliwość posiadania
pokoi na wynajem, dlatego też noclegi w casach do bardzo tanich nie należą, a płaci się za nie zawsze w peso covertible (20-30 CUC za
pokój z łazienką).
Podsumowanie niektórych naszych kosztów:
- bilet lotniczy zamawiany przez stronę www.opodo.de: 726 euro (Iberia: Berlin - Madryt - Hawana)
- wypożyczenie VW Polo - 58 CUC za dzień + 50 CUC za dzień dodatkowy (970 CUC)
- benzyna na 15-dniowy przejazd po wyspie (3650km) - 260 CUC ( 1 litr to około 0,90 CUC)
- noclegi 485 CUC za 18 nocy dla 3 osób, co daje średnio 9 CUC za noc dla osoby
- nocne parkingi dl auta (garaż lub pilnowane na ulicy) - średnio 1 CUC za noc, razem 13 CUC
- podatek przy wylocie - 13 CUC
- to, co najdroższe podczas zwiedzania: El Yunque 13 CUC, Comandancia de la Plata 22 CUC, fabryka cygar 10 CUC, jaskinia Santo Tomas
w Vinales: 10 CUC
Uwaga! Jeśli za cokolwiek płaci się kartą kredytową, doliczane zostaje 1,25% karnego podatku za płatność w dolarach
Dodatkowe informacje na stronie Ewy
A oto cała historia.
Dzień 1 18-11-07 nd 21.10 Hawana
Na karaibską wyspę dotarliśmy przed godziną 22-gą. Było już ciemno od paru godzin, jako że słońce zachodzi tu koło 18tej, jednak od razu
po wyjściu z lotniska poczułyśmy powiew zapomnianego już w Polsce ciepełka. Listopadowa temperatura w nocy koło 20C - czemu nie!
Taksówką za 25 CUC* dotarłyśmy do zamówionej wcześniej casa particular, czyli prywatnej kwatery, najtańszej opcji noclegu na Kubie.
Najtańszej, to może za dużo powiedziane, bo na Kubie nic, za co płaci się w peso covertible tanie nie jest. Taksówkarz trochę krążył
nim znalazł nasz nocleg, ale dziwne to nie było, bo większość wąskich uliczek była słabo oznaczona i w dodatku jednokierunkowa. Zrobiło
się już na tyle późno, że tej nocy odpuściłyśmy sobie pierwszy spacer po mieście. Poza tym ponad 24 godzinna podróż sprawiła, że jedyne
o czym ja marzyłam, to rozprostować nogi na łóżku i zasnąć.
Ta noc jednak do spokojnych nie należała. Dostałyśmy pokój z oknami wychodzącymi na naszą wąską i cichą, wydawałoby się, uliczkę. W nocy
jednak miejsce to się ożywiło. Bieganie, krzyki, dźwięk tłuczonego szkła. Istna zadyma...czyżby tak wyglądała Hawana po zmroku? Rano
śladu nie było, właściciele twierdzili, że nic szczególnego się nie działo, a na kolejną noc przenieśli nas do wewnętrznego pokoju, z
dala od ulicznych okien.
*1 CUC, czyli peso covertible odpowiada mniej więcej 1 USD
Dzień 2 19-11-07 pn Hawana
Drugi dzień zaczął się pechowo. Poszłyśmy wzdłuż nadmorskiej alei Malecon do dzielnicy Vedado, w poszukiwaniu samochodu do wypożyczenia.
Kilometr, dwa, trzy, a żadnych wypożyczalni nie było widać. W pewnym momencie dołączył do nas młody Kubańczyk, mówiący bardzo dobrze po
angielsku. Była to pierwsza osoba, z którą dało się dogadać w innym języku niż hiszpański. Powiedział, że idzie na Plac Rewolucji na
przemówienie Raula, ale po drodze może nas zaprowadzić do pobliskiej wypożyczalni dla Kubańczyków, gdzie dostaniemy auto taniej niż w
hotelach. Na miejscu powiedzieli nam, że w peso covertible płacić nie możemy, bo to waluta tylko dla turystów, a tu wszędzie obowiązuje
nowe peso, wymienialne, tylko dla Kubańczyków. Oprócz tego jest jeszcze moneda nactional, czyli trzecia waluta, za którą kupić można
tylko drobną żywność na targu. Z jednej strony nie za bardzo chciało nam się w to wierzyć, że mają znów trzy waluty, ale z drugiej
strony, sytuacja na Kubie zmienia się co chwilę i opisy w przewodnikach bardzo szybko się dezaktualizują. Żeby nas przekonać, Kubańczyk
dał nam ta inną walutę i pojechaliśmy kilometr dalej do pierwszej knajpki dla turystów, by kupić wodę. Właściciel kasę przyjął. Wszystko
wydawało się w porządku, więc zdecydowałyśmy się, przy pomocy naszego Kubańczyka, wymienić część naszej gotówki na tę "kubańską walutę".
Powiedział on nam bowiem, że pieniądze te nabyć mogą tylko obywatele Kubańscy, pokazując dowód. Podjechaliśmy pod mały kantor, a
następnie na Plac Rewolucji. Tam nasz znajomy zostawił nas na chwilę, udając się niby po bilety do wejścia na teren, koło pomnika Jose
Martiego. Więcej już go nie widziałyśmy. Waluta, jaką kupiłyśmy, okazała się być monedą nacional. Innymi słowy miałyśmy masę lokalnych
pieniędzy, za które można było kupić rum, papierosy, owoce, przekąski na ulicy.i nic poza tym. Teraz to na prawdę mogłyśmy zacząć
egzystować jak Kubańczycy, którzy właśnie w tej, niewymienialnej na dolary, walucie dostają wypłaty.
Trzeba było sobie radzić jakoś dalej. Próbowałyśmy kupić bilety na dalekobieżny autobus, jednak w monedzie nacional płacić mogli
tylko miejscowi, okazując dowód, a turystom sprzedawano te same bilety za CUC, jakieś 20 razy drożej. Pozostał nam więc tylko samochód,
wypożyczony za resztki dolarowej gotówki i pomoc n iezawodnej karty kredytowej. Ale wciąż tego auta nie miałyśmy. Następnych parę godzin
spędziłyśmy na obchodzeniu hoteli w centrum. Wszędzie mieściła się ta sama wypożyczalnia, CubaCar i wszędzie mówiono nam to samo: no hay (brak!) i nie wiadomo, kiedy będą. Wygląda na to, ze nikt nie prowadzi szczegółowej ewidencji wypożyczonych aut. Pod koniec wyjazdu
dowiedziałyśmy się, dlaczego. Gdy same chciałyśmy przedłużyć wypożyczenie naszego samochodu o jeden dzień, wystarczyło podpisać nową
umowę w dowolnym biurze i jechać dalej. A macierzysta wypożyczalnia dopiero przy oddaniu auta sprawdzała, czy papiery się zgadzają.
Ale wracając do dnia pierwszego. Przeszłyśmy prawie całe Vedado i gdy już powoli traciłyśmy nadzieję, Ania zauważyła kilka nowych aut,
stojących na parkingu koło stacji benzynowej. I wreszcie nie było to wszechobecne CubaCar ale Havana Auto. Udało się! Co prawda samochód
trzeba było wziąć od razu (nie ma czegoś takiego jak rezerwacja od rana ;) i nie był to model ekonomiczny, ale stargowałyśmy cenę do
58 CUC z ubezpieczeniem za dzień. Kolejny problem to znalezienie bezpiecznego parkingu na noc dla naszego nowiutkiego VW Polo. Sporo
miejsc miało być w Starej Hawanie, wzdłuż Malecon, jednak jedno strzeżone było tylko do 19tej, w innym chcieli aż 10 CUC i dopiero w
trzecim udało nam się zaparkować za 3 CUC za noc. Wydawało się ok., aż do czasu gdy przyszłyśmy rano i chcieli nas skasować ponownie,
bo nie był to jednak parking całodobowy, tylko czynny od 7mej do 19tej! Tak więc całą noc auto było niestrzeżone, a wieczorem pieniądze
pobrali od nas oszuści. Miałam nawet wymuszony od nich kwitek, który rano pokazałam i powiedziałam, że i tak drugi raz nie zapłacę! Co
ciekawe, sam parking i nocni lewi parkingowi "pracowali" tuż pod wielkim gmachem policji!
|