|
Dzień 18 04-08-2003 Desaguadero - La Paz
Zależało nam na szybkim przedostaniu się do Boliwii, więc wybraliśmy nową, mniej malowniczą trasę przez Desaguadero. Ale i
tak mieliśmy widoki na jezioro Titicaca i na Altiplano Boliviano, z pojawiającymi się gdzieniegdzie ośnieżonymi szczytami
pięcio- sześciotysięczników. Do stolicy jechaliśmy dość długo, bo po drodze były aż trzy kontrole graniczne.
Aby
wyjechać do La Paz, trzeba najpierw przejechać przez mieszczące się wyżej miasto El Alto. Są to właściwie przedmieścia
stolicy, zamieszkiwane przez biedną ludność. Z El Alto zjeżdża się w dół (...czyli na wysokość około 4000 m.n.p.m.!) do
centrum La Paz. Boliwia jest krajem o największym odsetku Indian, co widać już w samej stolicy. Miasto robi niesamowite
wrażenie, bo wygląda jak jeden wielki targ. Wszyscy czymś handlują, na ulicach harmider i tłumy Indian. Korki, busiki,
kolorowe autobusy, samochody, klasksony. Nawet biały może zginąć w tym tłumie.
Boliwia jest najbiedniejszym, a co za
tym idzie, najtańszym krajem, jaki odwiedziliśmy. Wraz z biedą rośnie też przestępczość. Wprowadzono nawet specjalną policję
turystyczną, która ma chronić turystów i sprawiać, żeby czuli się nieco bezpieczniej. Podczas pierwszego spaceru po La Paz,
policja turystyczna zaczepiała nas aż trzy razy, ostrzegając przed złodziejami. Osobiście nie czułam większego
zagrożenia, może dlatego że, oprócz aparatu, przewodnika i dokumentów, nic przy sobie nie miałam, a miasto mnie tak
zafascynowało, że wszelkie myśli o niebezpieczeństwie szybko odchodziły w niepamięć. Po Ameryce Południowej podróżowaliśmy
już prawie trzy tygodnie, więc podświadomie już bardzo pilnowaliśmy naszych rzeczy osobistych ...i siebie nawzajem.
Całe przedpołudnie spędziliśmy na włóczeniu się po mieście i robieniu zdjęć ludziom i targowiskom. Zabytków zbyt wiele nie
było, ale to Indianie tworzyli taką szczególną atmosferę w stolicy. Mimo, że mieliśmy mapę, co chwilę musieliśmy pytać o
drogę; uliczki były tak wąskie i tak podobne do siebie, że bardzo łatwo było zabłądzić.
Dzień 19 05-08-2003 La Paz - Copacabana - La Paz
Został nam już tylko jeden dzień na zwiedzanie Boliwii, nie miało więc sensu wybierać się na daleką wyprawę. Postanowiliśmy
pojechać do Copacabany. Żadne z nas nie spojrzało na mapę i nieco się zdziwiliśmy, jak w trakcie drogi okazało się, że jest
to aż 160 km. w jedną stronę! A my musieliśmy jeszcze na wieczór wrócić do La Paz. Nie zauważyliśmy również, że
Copacabana leży po drugiej stronie cieśniny. Byliśmy nieźle zaskoczeni, jak w pewnym momencie nasz busik dojechał do brzegu
jeziora Titicaca, wszyscy wysiedli i karnie poszli kupić bilety na łódkę, która miała ich zawieźć na drugą stronę. A co z
naszym busikiem ??? Postanowiliśmy robić to co miejscowi. Kupiliśmy więc bilety i wsiedliśmy do motorówki. Chwilę po nas,
busik wjechał na specjalny prom i też ruszył na drugą stronę. Wspinająca się do Copacabany droga była niesamowicie
malownicza. Nie dosyć, że mieliśmy widok na intensywnie niebieskie jezioro Titicaca, to jeszcze w oddali błyszczały
ośnieżone szczyty sześciotysięczników! Siedzieliśmy na samym przedzie busika i kierowca, widząc nasz zachwyt, wcielił się w
rolę przewodnika...en espanol ;)
Zjazd w dół, do Copacabany, z powrotem nad jezioro Titicaca, dostarczył nam kolejnych
super widoków. A w mieście - tłumy ludzi. Tym razem byli to miejscowi, przygotowujący się już święta narodowego, jakie miało
mieć miejsce następnego dnia. Gwar, stragany, handel i ...parady! Tego to się zupełnie nie spodziewaliśmy. Grają bębny, na
przedzie tańczy młoda, skąpo ubrana dziewczyna, za nią nieco starsze koleżanki, a na końcu mężczyźni. Zupełnie jak w
Brazylii! Zachwycony Paweł obfotografował wszystkie tancerki ;)
Copacabana jest bardzo znanym w Boliwii miejscem
pielgrzymkowym. Tamtejsza Matka Boska słynie z cudów. Przy okazji festiwalu, tłumy zalegały więc też w kościele,
obfotografowując świętą figurę. Jak to w miejscu świętym, była też Góra Kalwaria z Drogą Krzyżową. Na szczyt szło się
iście odpustowo, pośród straganów z dewocjonaliami i zabawkami, w tłumie Indian. Drogę pokonywaliśmy powoli, wyprzedzani
przez boliwijskich pielgrzymów, przyzwyczajonych do wysokości ponad 3800 m.n.p.m. Towarzyszyły nam piękne widoki na jezioro
Titicaca, a na szczycie trud wędrówki wynagrodziło nam zimne piwko! Miejscowi zupełnie inaczej rozumieją kult religijny. Po
modlitwie, wszyscy bawią się tańczą, śpiewają, popijają piwo. Panuje atmosfera pikniku :).
Dzień 20 06-08-2003 La Paz - Arica
Niestety dziś zaczął się nasz powrót do domu. Wstaliśmy o 5-tej rano i ruszyliśmy na dworzec w La Paz. Znów była to wędrówka
górska, z plecakiem i siatkami w rękach tak, że nieźle się zaspałam, nim znaleźliśmy nasz autobus. Po drodze jeszcze
zdążyliśmy się zgubić. Zgodnie z przewidywaniami Pawła, na dworcu okazało się, że żeby wejść na peron, nie wystarczy
sam bilet, ale wykupić trzeba jeszcze "pasaje" za 4 boliviano! A my już w ogóle boliviano nie mieliśmy bo resztki poszły na
piwko w Copacabanie. Na szczęście udało się Pawłowi wcisnąć kierowcy 400 pesos chilijskich. Marudził, ale wziął i wpuścił
nas do autobusu. Jechaliśmy najtańszym z możliwych autobusem z La Paz do granicy chilijskiej. Bus okazał się nie tylko
najszybszy, ale również miał najlepsza obsługę. Co chwilę dostawaliśmy jedzonko: kanapeczka z szynką i picie, potem obiadek
na ciepło, do którego ayudante serwował wino lub sprite !!! Najgorsze było to, że z winka w ogóle nie mogliśmy skorzystać,
bo oboje się źle czuliśmy. Pędzący autobus zjeżdżał z wysokości 4 tyś. metrów na poziom morza. Tego było już za wiele dla
naszych organizmów. Całą trasę pokonał w sześć godzin. Przekraczanie granicy boliwijsko - chilijskiej okazało się
całkiem skomplikowanym procederem. Gdy jechaliśmy w przeciwnym kierunki - do Peru, to nikt nas nie sprawdzał i nie
przeszukiwał nam rzeczy. A tutaj najpierw prześwietlili nam cały bagaż, potem wypytywali czy nie przewozimy jakiś owoców,
a na koniec ustawili nas wg jakiejś swojej listy i tak przepuścili na drugą stronę. Po zakupieniu w Arice biletów do
Santiago, poszliśmy zobaczyć Ocean Spokojny. Zimową porą rzeczywiście wyglądał bardzo spokojnie. Plaża była pusta, a przy
brzegu kręciło się jedynie kilka pelikanów. Dotknęliśmy wody, zrobiliśmy sobie fotkę z Pacyfikiem i musieliśmy szybko wracać
na kolejny autobus. Ledwo co weszliśmy na dworzec, już po stronie chilijskiej, zagonili nas do kolejnej kontroli
bagażów! I znów zadawali nam pytania o przewożenie owoców. Tym razem posunęli się też do próby rozpakowania naszych bagażów,
ale wszystko było tak upchane, że w końcu sobie odpuścili.
Dzień 21 07-08-2003 Arica - Santiago de Chile
W autobusie spędziliśmy 29 godzin. Po drodze przeżyliśmy jeszcze kilka kontroli granicznych. Odbywały się one w środku
nocy, gdy nasz autobus był już oddalony o co najmniej kilka godzin od granicy!. Raz kazali wszystkim wysiąść i prześwietlali
bagaże podręczne. Innym razem mieliśmy wyjść bez niczego, a ekipa z psami zabrała się za przeszukiwanie autobusu.
Miejscowych w ogóle ta procedura nie dziwiła, karnie wykonywali polecanie celników, więc możne to jest norma... Do
Santiago dojechaliśmy dopiero o 20-tej i musieliśmy jeszcze znaleźć jakiś tani nocleg. Pokręciliśmy się w okolicy dworca,
zwiedziliśmy parę nor, aż w końcu zdecydowaliśmy się na jakiś dziwny pokoik (Residencial) w podwórku. Miała być agua
caliente, ale jakoś nie mogliśmy się odczekać. Mimo późnej godziny, pojechaliśmy metrem do centrum, żeby zobaczyć
chociaż kawałek nocnego Santiago. Zjedliśmy kolację w odpowiedniku naszego McDonalda. Był to chilijski fast food, oferujący
ogromne kotlety wołowe pod wszelkimi postaciami i do tego góra frytek.
Dzień 22 08-08-2003 Santiago - Madryt - Berlin Dzień 23 09-08-2003
Ale nam się dziś nie chciało wstawać na ten samolot :(. W dodatku okazało się, że z Terminal de Autobuses, koło którego
spaliśmy, nie odjeżdżał żaden autobus na lotnisko. Trzeba było jeszcze iść na pieszo na inny dworzec autobusowy. W samo
południe wystartowaliśmy w drogę powrotną do domu. Po tak krótkiej wyprawie mamy jedynie nikłe pojęcie o Ameryce
Południowej. Jednak to, co zobaczyliśmy, zachęciło nas do dalszych podróży w tamtym kierunku. Na pewno warto dłużej
pozwiedzać samo Chile, szczególnie jego południową część. Czeka na nas też jeszcze peruwiańska dżungla i dzika Boliwia!
Tematów na kolejne wyprawy na pewno nie zabraknie, a wrócić na pewno trzeba!
|