|
Po zeszłorocznym, wspaniałym i wymarzonym, aczkolwiek nieco wyczerpującym finansowo wyjeździe do Peru, Boliwii i Chile, postanowiliśmy w tym
roku wyszukać coś znacznie tańszego, ale jednocześnie dość egzotycznego. Podstawowym założeniem było zmieszczenie się w mniej więcej 1000 $
- po ówczesnym kursie było to około 4 tyś.zł. Co mieliśmy do wyboru? Od razu zaznaczam że nie interesowała nas Europa...może Egipt...ale te
tłumy Polaków w wakacje...nie bardzo...przez myśl przeszedł nam Meksyk...ale koszty biletu lotniczego pożarłyby prawie cały nasz budżet. I
tak wpadliśmy na pomysł Bliskiego Wschodu. Już sama nazwa niesie w sobie połączenie czegoś tajemniczego, nieznanego, a jednocześnie bliskiego :)
Powstał pomysł wyprawy do SYRII I JORDANII. Ze względu na ograniczenia czasowe (mieliśmy tylko 3 tygodnie do dyspozycji) postanowiliśmy lecieć
do Damaszku lub do Ammanu samolotem. W zaprzyjaźnionym biurze TUI znaleziono nam połączenie za około 1800 zł do Damaszku przez Budapeszt
(Malev)...no cóż...prawie połowa naszego budżetu, ale w końcu to czas wakacji, więc nie było co się spodziewać rewelacyjnych cen. Mieliśmy
jeszcze jedną rezerwację, za 1500 zł do Damaszku przez Istambuł (Turkish Airlines), ale przepadał nam, gdy linie zażądały nagłego wykupu 3
miesiące przed wylotem. Woleliśmy wtedy nie ryzykować, bo było to tuż po jakimś zamachu w Damaszku i znalezieniu ciężarówki z bronią chemiczną
w Ammanie. Na szczęście od lipca więcej takich incydentów nie było, wiec pół na pół przekonani, że przecież nie może być tam aż tak źle i
niebezpiecznie, wykupiliśmy nasze bilety w TUI. Ekipa składała się z trzech osób: Kasia, Paweł i ja.
Dzień 1 16-07-2004
WARSZAWA- BUDAPESZT-DAMASZEK Dzień 2 17-07-2004
Nasz samolot już na starcie, czyli w Warszawie, miał prawie 2 godziny opóźnienia. Podobno nie mógł wylecieć z Paryża, bo były jakieś strajki
(brzmi to swojsko :-). Ale nawet dobrze, bo mieliśmy czekać 4 godziny w Budapeszcie, a tak zostały nam tylko dwie, a czas na Okęciu skutecznie
umilały nam sklepy wolnocłowe, a dokładnie to, co w nich kupiliśmy - zgrabne buteleczki drinków Bacardi i inne zacne alkohole. Mogliśmy tak
czekać nawet do rana. Węgierskie linie lotnicze nie zrobiły na nas zbyt dobrego wrażenia - jedzenie średnie i w dodatku zimne. Dobrze,
że lot trwał tak krótko. O słynnej gościnności Syryjczyków przekonaliśmy się już na lotnisku w Budapeszcie. Poznaliśmy tam starszego,
eleganckiego Syryjczyka, który wracał do domu do Damaszku. Był w odwiedzinach u córek w Polsce, miał żonę Polkę i sam doskonale mówił po
polsku. Zaproponował nam, że może nas podwieźć z lotniska do centrum Damaszku. I tak rozwiązał się nasz problem czekania na lotnisku do rana,
by złapać pierwszy autobus do centrum. A była to 3-cia w nocy. Facet i jego kierowca nieźle się namęczyli (łącznie z jazdą pod prąd) nim z
naleźli naszą małą uliczkę w centrum i wybrany z LP hotel Al Harramein. Miejsc brak. Nic dziwnego, skoro LP w stolicy Syrii polecało w
sumie chyba tylko dwa hoteliki dla backpackersow i to oba na tejże uliczce. Poszliśmy do tego drugiego - Al Rabie - i udało nam się wcisnąć
na dach. Warunki dachowe były super - materace (3$/os.), daszek chroniący od słońca, nawet dachowa łazienka, czyli kawałek dachu oddzielony
foliową ceratą z prysznicem i ubikacjąJ. Jedyna wada to bardzo głośno chodzące klimatyzatory, znajdujące się na naszej wysokości na
wszystkich otaczających nas budynkach. Następne noce spaliśmy już w pokoju (5$/os. - pokój 3 os. z łazienką i pościelą).
Nasz pierwszy
dzień w Syrii jednak dopiero się zaczynał. Już po pierwszej nocy na dachu (a raczej trzygodzinnej drzemce) poznaliśmy dwójkę Polaków -
ruszyliśmy więc w piątkę na zwiedzanie miasta. Początkowo naszym pierwszym planem było zdobycie wizy jordańskiej, ale okazało się ze od
niedawna sobota to drugi po piątku ustawowo wolny od pracy dzień, więc wszystkie placówki urzędowe były pozamykane. Pozostało nam jedynie
powłóczyć się po mieście, co zresztą i tak mieliśmy w planach. Będąc w Damaszku nie sposób ominąć dwóch najważniejszych miejsc, czyli
bliskowschodniego suqu oraz Meczetu Ummajadów (wstęp płatny; kobiety muszą założyć specjalne czarne płaszcze z kapturami szczelnie
zakrywające każdy centymetr ich ciała ;). Sam suq troszkę mnie rozczarował - miało być bardzo orientalnie, egzotycznie, malowniczo, a
tu szeroka zadaszona ulica, eleganckie sklepy, niektóre nawet z pięknymi całkiem europejskimi witrynami i klimatyzacją! Ale też kiczowate
stoiska z wszechobecną "chińszczyzną". W przechadzającym się tłumie zaś więcej turystów niż miejscowych. Brakowało mi straganów
owocowo-warzywnych i atmosfery targowania się i handlu. Bo na tym suqu ciężko było cokolwiek wytargować - ceny raczej ustalone i ani
grosza nie chcą zejść. Nieco lepiej było w węższych, bocznych uliczkach, ja jednak polecam suq w Aleppo - chaotyczny, rozległy, różnorodny,
pachnący kawą i przyprawami, poprzetykany ukrytymi karawensjerami, meczetami i małymi knajpkami!
Najważniejsza rzecz, jaką odkryliśmy
pierwszego dnia, to "soczkarnie", czyli małe sklepiki obwieszone na zewnątrz kiściami owoców, gdzie sprzedaje się wszelkiego rodzaju wyciskane
soczki (1-2$ za 0,5 litra). Najlepsze są miksy typu: banan, melon, mango, truskawka, pomarańcza, arbuz. Jak się później przekonaliśmy
kombinacje owoców mogą być dowolne, także z cukrem, miodem, mlekiem, wodą - tylko trzeba swe życzenia jakoś wyrazić po arabsku lub za
pomocą mniej lub bardziej skutecznej gestykulacji. Wszędzie wiszą też bardzo szczegółowe soczkowe menu. Po arabsku. Na początku
pozostawaliśmy więc przy standardowych miksach o nazwie koktajlJ To był hit tego wyjazdu! Znajomość angielskiego wśród ulicznych
sprzedawców jest tak niska, że nieraz mieliśmy problemy z zapłaceniem za nasze soczki. Na przykład w Damaszku zupełnie nie mogliśmy się
dogadać ile mamy zapłacić za sok z jeżyn (de facto lekko sfermentowany, sprzedawany na ulicy z miski pełnej owoców i lodu). Arab bardzo
wyraźnie tłumaczył nam cenę w swoim języku, potem nam ją zapisał na skrawku gazety, oczywiście swoimi szlaczkami - po arabsku. W końcu
wyciągnęłam garść drobniaków i sam sobie znalazł zapłatę. Dogadanie się w Syrii, jak widać, nie jest wcale łatwe. Nawet jak zadaje
się pytanie po angielsku i ktoś to pytanie zrozumie to i tak po 2- 3 słowach przechodzi na arabski, by udzielić dokładniejszej odpowiedzi.
Bardzo często zdarzało się nam, że na nasze pytanie zadawane po angielsku pierwszą odpowiedzą było "Do you speak arabic?" i wszyscy byli
bardzo zdziwieni że ani trochę nie i nie! Ludzie jednak starali się być bardzo pomocni, chociaż nie zawsze wiedzieli o co nam chodzi, a
i my nie zawsze wiedzieliśmy w czym właściwie oni chcą nam pomócJ. Nawet nazwy ulic, miast, hoteli wymawialiśmy dla nich w tak dziwny
sposób że nie wiedzieli, o co właściwie pytamy. W końcu wzięliśmy się na sposób i jak już kogoś dopadliśmy kto chociażby minimalnie nas
rozumiał, to prosiliśmy go żeby nam zapisał na kartce po arabsku dokąd jedziemy albo gdzie się chcemy dostać albo czego szukamy. To zdawało
egzamin. Przechodzień na ulicy lub kierowca autobusu dostawał taką karteczkę i radośnie nas prowadził lub wiózł tam gdzie chcemy. A jak
nauczyliśmy się cyfr arabskich, to już nawet byliśmy w stanie prawie bez pomocy pojechać busikiem na drugi koniec miasta! Nie mówiąc już
o zakupach - bardzo często na straganach można było spotkać wypisane po arabsku ceny - od razu się wszystko robiło jasne. Wracając do
zwiedzania pierwszego dnia, obeszliśmy też pozostałości katolickie - kościół Anniasza i Św. Pawła oraz przeszliśmy się ulicą Prostą -
najstarszą handlową ulicą świata. No i jeszcze pierwsza syryjska kolacja, w małej knajpce w centrum - Al Arabe - ja jadłam kubeh
czyli kulki z jagnięciny w sosie jogurtowym z ryżem - rewelacja! I to tylko za 2,5 $.
Dzień 3 18-07-2004
DAMASZEK -SEYDNAYA-DAMASZEK
Rano ochoczo ruszyliśmy po wizy jordańskie, odstaliśmy w kolejce, głównie z uchodźcami z Palestyny (zamiast paszportów mieli dokumenty z
opisem Refugee of Palestina) i niestety okazało się, że teraz to składamy tylko podanie i płacimy, a na odbiór czeka się około 3 godzin,
więc już pół dnia mieliśmy z głowy. Chcąc nie chcąc, poszliśmy do znajdującego nie niedaleko Muzeum Narodowego. Tzn. to ja tak średnio
chciałam, reszta miała większe chęci. Ja nie za bardzo lubię muzea, nawet jeśli są w nich tak starożytne przedmioty jak pierwsze pismo z
Ugarit sprzed iluś tysięcy lat ;) Wolę oglądać przedmioty i budowle w miejscu ich powstawania. Trzeba jednak przyznać, że muzeum to ma
imponującą kolekcje rozmaitych "starożytności". Niestety mnie coraz bardziej bolał żołądek (oj nie oszczędzałam go - od pierwszego
dnia soczki, arabskie jedzonko, mniam, mniam). Po południu, już z naszymi jordańskimi wizami, pojechaliśmy do Seydnai. Po drodze -
następna lekcja. Nie dosyć, że spod ambasady bardzo trudno jest złapać jakąkolwiek taksówkę (taksówki są bardzo tanie - średnio 0,5$ po
mieście - więc większość miejscowych się nimi porusza), to jeszcze nie ma szans pojechać tą taksówką za normalną cenę - od turysty z góry
żąda się potrójnej, a nawet poczwórnej stawki! Nadal nie są to duże pieniądze, ale zaparliśmy się i od tej pory, gdy nie było wyraźnej
konieczności jazdy taksą, staraliśmy się jeździć lokalnymi busami (co było też nie lada wyczynem - wiadomo - napisy i cyferki arabskie :),
ale za to jakie ceny przejazdów - średnio 0,1 $).
Ruszyliśmy więc busikiem do Seydnaya, ale mnie nadal bolał ten żołądek, było coraz
gorzej. Udało mi się jakoś wdrapać po schodach do klasztoru, ale o zwiedzaniu i robieniu zdjęć w ogóle nie było mowy. Zwlokłam się na
dół na herbatkę i tak coraz gorzej i gorzej. Skończyło się na tym, że musiałam wziąć taksówkę (cena wiadomo - horrendalna, połowa mojego
jednodniowego budżetu ;) i wrócić sama do Damaszku. Kasia z Pawłem pojechała jeszcze do Maaluli. Wracali też z przygodami - stopem, w nocy
z irackimi uchodźcami, którzy jechali do obozu pod Damaszkiem. A ja zdechła leżałam w hotelu - tak źle to mi jeszcze nie było - ani
w Azji, ani w Ameryce Pd. - nigdy nic- aż w końcu mnie dopadły te bakterie. Pomógł mi dopiero antybiotyk - doxycyklina. Do dziś nie wiem
dlaczego i tak dokładnie to na co zachorowałam, ale podobno wyglądałam okropnie. Po paru dniach bakterie dopadły też Pawła i też się
skończyło na antybiotykach. Kasia przetrwała.
Dzień 4 19-07-2004
DAMASZEK - BOSRA - HAMA
Obudziłam się rano rześka i prawie zdrowa, a już się bałam że zostanę tu sama w tym hotelu na co najmniej parę dni. Dziś w planie - Bosra -
pierwsze starożytne miasto na naszej trasie. Ambitnie ruszyliśmy na poszukiwanie autobusu - ale to by było za proste. Bezpośrednie autobusy
jeżdżą dość rzadko, więc skończyło się na jeździe dwoma minibusami, z przesiadką w Dar'a. Tu też skosztowałam mojego pierwszego syryjskiego
falafela - i był to chyba najlepszy i zarazem najtańszy jakiego udało mi się zjeść w trakcie całej wyprawy! Kombinowanym sposobem
dotarliśmy do Bosry, w samo południe. Bagatela upał 40 stopni w cieniu. Na szczęście udało nam się dogadać z kierowcą busa, by wysadził nas
przy samych ruinach a nie dalej, w centrum miasteczka. Za wstęp na teren ruin się nie płaci (płatny jest tylko amfiteatr). Mieliśmy plan
ruin z LP, który okazał się być bardzo lekko poglądowym, także zwiedzaliśmy nieco po omacku. Nawet nie było kogo spytać co jest co bo byliśmy
zupełnie sami. Nie licząc jakiegoś zbłąkanego przewodnika, który koniecznie chciał nas oprowadzić za kasę, ale się nie daliśmy - mieliśmy
przecież naszą mapkę ;). Największe wrażenie w starożytnej Bosrze robi wielki, bardzo dobrze zachowany amfiteatr z przepięknymi, zdobionymi
kolumnami korynckimi na scenie. Na zwiedzaniu zeszły nam 3 godziny, potem szybki powrót do Damaszku i dalej autobusem, tym razem de
lux - do Hamy. Znów polegając na LP (innego wyjścia za bardzo w nocy nie było), znaleźliśmy nocleg na dachu hotelu Riad (nawet jak byśmy
chcieli to miejsc w pokojach i tak nie było). Dach, a raczej taras, przyjemny, tylko nad bardzo głośną ulicą, co nam dawało w kość każdego
ranka, gdy sklepikarze z trzaskiem otwierali metalowe kraty swoich sklepów, a samochody, trąbiąc, ruszały ze skrzyżowania.
|