![]() |
||||
Via Baltica: zamczyska, twierdze i sowieckie pozostałości ... |
||||
|
||||
Kilka faktów Cała wyprawa zajęła nam 11 dni, ale można powiedzieć że na zwiedzanie przeznaczyliśmy 9 dni, a dwa pozostałe to dojazd z Poznania do granicy i powrót do Poznania (ponad 1000km w dwie strony). W sumie przejechaliśmy ponad 4500 km, 3500 tysiąca po krajach nadbałtyckich. Udało nam się aż tyle nabić, bo nie jechaliśmy najkrótszymi trasami, ale takimi, które zapewniały nam zobaczenie maksymalnej liczby ciekawych miejsc każdego dnia. Przed wyjazdem mniej więcej określiliśmy, co chcemy zobaczyć i zaznaczylismy te miejsca na mapie. Już po pierwszych dwóch dniach plan nam zaczął się opóźniać, bo o 19 tej praktycznie robiło się ciemnawo i do 20 tej musieliśmy koniecznie znaleźć nocleg. Zweryfikowaliśmy więc nasze plany porannego wstawania i zamiast na 9ta, nastawiliśmy budzik na 6tą, tak by każdego dnia wyruszać najpóźniej koło 8mej. Tylko dzięki temu udało nam się zrealizować całą trasę. Koszty wyjazdu nie były za wielkie, na dwie osoby i auto na gaz wyszło nam około 2300 zł za całość, w tym, koło 900 zł na paliwo. Uwaga! W Estonii nie ma gazu, pozostaje jazda na benzynie. Ceny paliwa podobne do naszych, gaz troszkę droższy. Największym problemem była wymiana walut. Kiedyś dokonywało się tego na granicy, teraz granic nie ma i kantorów lub banków trzeba szukać po większych miasteczkach (czasami kilkanaście km od granicy). Najgorzej jest jak przyjedzie się wieczorem lub w weekend. Wtedy pozostaje bankomat lub płacenie kartą, z czym nie ma problemu w supermarketach, czy na stacjach bendzynowych, ale jest już problem jak chcemy coś zwiedzić czy zapłacić za nocleg. Komunikacja - najlepiej znać język rosyjski. To wciąż bardzo pomaga! Czasami z młodymi ludźmi da się dogadać po angielsku, a czasami pozostaje tylko gestykulacja połączona z językiem polskim i próba zrozumienia miejscowych którzy z uporem powtarzają to samo w lokalnym języku (a żaden z tych trzech języków do polskiego podobny nie jest!). Jeszcze po łotewsku czasami można zrozumieć jak coś jest napisane. Po estońsku jest to kompletnie niemożliwe. Trzy stolice Wilno, Ryga i Tallin... a z każdego z nich zupełnie inne, subiektywne wspomnienia. Wilno to ład i porządek, odnowiona Starówka, tłumy turystów i tylko gdzieś poznikały powszechne jeszcze kilka lat temu napisy po polsku. Coraz częściej łatwiej tu dogadać się po angielsku, czasami po rosyjsku. Polski nadal słychać jednie na Rossie i pod Ostrą Bramą. Na zwiedzanie miasta warto poświęcic 2-3 godziny, by po prostu przejść się po centrum w kierunku Wzgórza Zamkowego i z powrotem, po drodze poszukując jakiejś miłej knajpki z lokalnym jedzeniem. Bo właśnie lokalne, tradycyjne jedzenie to jedna z większych atrakcji na Litwie. Tłuste ziemniaczane zeppeliny nadziewane mięsem, w śmietanowym sosie, czy świeże placki ziemniaczane z górą kwaśnej, gęstej śmietany, chłodnik litewski i kwas chlebowy to coś czego się długo nie zapomni. Kolejna stolica na naszej drodze to Ryga. Dotarliśmy tam w sobotę wieczorem, niestety po zamknięciu wszystkich sklepów i naszym największym problemem okazało się kupno mapy miasta, a co za tym idzie, odnalezienie hoteli czy kempingów, których adresy wcześniej spisaliśmy. Dodatkowym utrudnieniem była Starówka zamknieta dla ruchu samochodowego, a raczej z ruchem bardzo ograniczonym opłatą wjazdową. Polegliśmy i na noc podjechaliśmy do pobliskiej, nadmorskiej Jurmały. Drugą szansę Ryga dostała w niedzielny poranek. I tu znów pech. Zaparkowaliśmy w centrum, blisko Starówki, na dużym placu. Bez opłat, bo w niedziele opłaty za parkowanie nie są pobierane. Jakieś 1,5 godziny pochodziliśmy po urokliwych, aczkolwiek niczym szczególnym się nie wyróżniających staromiejskich uliczkach, wypiliśmy gorące kakao i kawę w dopiero co otwartej knajpce i czas w dalszą drogę. Dochodzimy do auta, niby wszystko w porządku, tylko dlaczego drzwi się tak lekko otwierają? Czyżbyśmy ich nie zamknęli? W środku na pierwszy rzut oka wszystko jest ok, ale jakby większy bałagan na tylnym siedzeniu. Coś jest nie tak. I dopiero wtedy zauważyliśmy dziurę po radiu :( Nerwowo zaczęliśmy sprawdzać, co jeszcze zginęlo. Jedzenie jest, moje buty są, plecaki w bagażniku są. Nie ma tylko małego plecaczka z naszymi książkami i ładowarkami i zaginął jeden kwas chlebowy (piwo pozostało nietknięte!). Pozostał nam też zestaw CB radio, bo nie jest to sprzęt powszechnie używany na Łowtie. Acha, a w ramach zysków mamy dodatkowe nożyczki, kórymi złodzeje otworzyli sobie drzwi! Na nasze szczęscie, zarówno drzwi samochodowe, zamek, szyby, jak i kable od radia i panel pozostały w stanie nienaruszonym. Adam później przetestował i tymi samymi nożyczkami sam dał radę Lanosa otworzyć! To tyle jeśli chodzi o Rygę. Z dużych miast pozostał nam jeszcze Tallin. I tu duże, pozytywne zaskoczenie. Stare Miasto ma niesamowity klimat, trochę podobny do Krakowa. Centrum otoczone jest jasnym, kamiennym murem, a w środku wąskie, brukowane uliczki, wzniesienia, zaułki, małe budynki, gotyckie baszty. Każdy może odkryć coś dla siebie: cerkwie, kościoły, wieże, a nawet małe podziemia. Szkoda tylko, że ceny w knajpkach takie bardziej skandynawskie. Poza centrum warto też wybrać się do dzielnicy portowej by zobaczyć dobrze utrzymane ruiny klasztoru w Pirita. Jeszcze parę lat temu była tam dodatkowa atrakcja - udostępniona do zwiedzania jedna z dwóch estońskich łodzi podwodnych: Lambit. Empirycznie przekonaliśmy się, że już jej tam, nie ma :( gdzieś została wywieziona i nikt nie wie co się z nia stało. W planach mieliśmy jeszcze wyskok do położonych zaledwie 85 km od Tallina Helsinek, ale nie wyrobiliśmy się czasowo. Bardziej zależało nam na dokładnym zwiedzeniu Estonii, a na Helsinki mamy już nowy plan: kiedyś tam polecimy i połączymy to ze zwiedzaniem Sankt Petersburga :)
|
||||
|
Następna strona Home |