Czarnogóra to skoncentrowane piękno na niewielkiej powierzchni
Każda górska trasa w Montenegro okazuje się jeszcze lepsza od poprzedniej, a zarazem tak zupełnie inna. Do tego niezwykle malownicze, zabytkowe miasteczka na południu, otoczone wijącą się Zatoką Kotorską. Nieskończenie wiele atrakcji do wyboru, ale też w sezonie nieskończenie wielu turystów na południu. Góry są troszkę spokojniejsze. Wybrzeże lepiej zaplanować na wiosnę i jesień, by cieszyć się jego pięknem, zamiast tkwić w korkach.
Do Czarnogóry wjechaliśmy od strony Serbii, czyli przez góry, kierując się prosto na Żabljak.

Pierwszy przystanek po drodze to długi na ponad 360 metrów, wysoki aż na 170 metrów, otoczonym wysokimi górami, żelazny Most Durdevica na rzece Tara. Okolice mostu stały się istnym centrum sportów ekstremalnych, ze szczególnym uwzględnieniem różnego rodzaju łatwiejszych i trudniejszych zjazdów na linie typu tyrolka. Można przelecieć wzdłuż mostu lub na ukos mostu lub a stronę mostu. Opcji jest wiele, ceny też różne, ale raczej wysokie. My ze względu na naszego 10-cio latka zdecydowaliśmy się na opcję najprostszą, ale też najdłuższą - przejazd w siedzeniu takim jak do paralotni, z możliwością puszczenia dwóch osób w jednym składzie. Kosztowało nas to po 30 EUR od osoby, płatne gotówką, po zakończeniu zjazdu. Teoretycznie wszędzie można płacić kartami, ale w tej okolicy często rwą się połączeniu ai w praktyce pozostaje tylko gotówka.

Z Żabljaka zamiast jechać prosto na Podgoricę, wybraliśmy słynną, widokową trasę P14 przez góry Durmitor do Plużine. Cała droga to tylko 50 kilometrów, ale około 2 godzin jazdy. W praktyce można jechać znacznie dłużej. Trasa jest przepiękna. Wąska, teraz już w całości wyasfaltowana droga, wije się wysoko między górami. W lecie, przy pięknej, słonecznej pogodzie przejazd jest bezpieczny, gorzej, gdy jest mgła lub silny deszcz. Wtedy liczne mijanki mogą przysporzyć trochę nerwów, chociaż na większości drogi nie ma żadnych przepaści czy dużych ekspozycji. Niestety turystyczny ruch samochodowy jest spory i to w dwóch kierunkach.

My z Żabljaka wyjechaliśmy po godzinie 15tej, w lekkiej mżawce,więc dzięki popołudniowej porze i kiepskiej pogodzie ruch był nieco mniejszy. Na szczęście po kilku kilometrach i minięciu kilku gór wypogodziło się i nawet wyszło słonko. Najwyższy punkt to przełęcz Selo, na ponad 1900 metrach. Niedaleko stamtąd jest możliwość oficjalnego biwakowania za niewielkie pieniądze, w spartańskich warunkach, koło mini osady pasterskiej. Miejsce niezwykle widokowe, ale na biwak pora była trochę za wczesna, więc pojechaliśmy dalej. W dwóch miejscach w parku postawiono piękne, ogromne, drewniane ramy, w których można zrobić sobie fotkę z niesamowitymi górskimi szczytami w tle. A do tego stada owiec wchodzące na drogę, zachodzące słońce i ogromne górskie przestrzenie. To najpiękniejsze i najbardziej zaskakujące miejsce na całym naszym bałkańskim wyjeździe.

To jednak nie koniec zachwytów tego dnia. Po zjeździe z P14 pojechaliśmy na północ trasą M18, wzdłuż kanionu rzeki Piva. Krajobraz kompletnie się zmienił. Towarzyszyła nam niezwykle błękitno - zielona, szeroko rozlana niczym jezioro, rzeka Piva. Asfaltowa droga wiodła przez niezliczone, wykute w surowej skale tunele. Jedyny minus to, że przy wąskiej trasie, szczególnie jadąc na północ, nie było zbyt wiele miejsc, żeby się zatrzymać na fotki. Kilka małych zatoczek można było znaleźć, wracając na południe.
Na upatrzony nocleg pojechaliśmy w lewo z M18, tuż za elektrownią wodną, kierując się na miejscowość Mratinje. Wydawało się, że nie może być tam żadnego przejazdu, a okazało się, że jedzie się starym tunelem, rozpoczynającym się przy elektrowni. Świetna trasa i znów widoki, tym razem z drugiej strony rzeki. Nasz upatrzony wielki plac noclegowy okazał się dość popularny. Stało już tam kilka kamperów, a pod wieczór zjawił się strażnik z rezerwatu jeziora Piva i zbierał po 3 EUR za nocleg i 1 EUR za wstęp do parku. Oficjalnie żadnego kempingu tam nie było, ale miejsce naprawde warte zatrzymania. Czuliśmy się jak wśród norweskich fjordów, tylko temperatura nieco przyjemniejsza.
Walka z naturą i pielgrzymkami, czyli najtrudniejsza trasa górska w Czarnogórze
Monastyr Ostrog miał być tylko przerwą na trasie i krótkim zwiedzaniem. Miejsce bardzo popularne, ujęte w każdej objazdowej wycieczce po Czarnogórze jako must see. Klasztor znajduje się na zboczu góry, a dojechać od niego można asfaltową drogą. Dlaczego więc było tak trudno? Okazało się, że jest to nie tylko miejsce turystyczne, ale też jeden z ważniejszych na całych Bałkanach ośrodków pielgrzymkowych serbskiego kościoła prawosławnego, znany z cudów i uzdrowień. Innymi słowy porwaliśmy się na wizytę w bałkańskiej Częstochowie. I właśnie tak było. Droga do klasztoru wiedzie zboczem, chwilami całkiem stromej skarpy, z marnymi, niskimi murkami, mającymi stanowić zabezpieczenie. Chwilami murków nie ma żadnych, a mijanki są ciągłe. Fragmenty trasy, przy ostrych zakrętach są wąskie, bez możliwości mijanki. Wtedy trzeba się cofać, a cofanie proste nie jest jak za Tobą jedzie już sznur aut. MIjanki na złożonych lusterkach też się zdarzają. Gdy człowiek ma szczęście to nie napotka na ogromny, pielgrzymkowy autobus! Z takim pojazdem mijanka jest praktycznie niemożliwa w wielu miejscach i wtedy tworzy się potężny korek po obu stronach.
W takich warunkach dojechaliśmy do pierwszego, dolnego klasztoru. Tam postanowiliśmy zostawić auto i kolejne 3 km przejść pieszo szlakiem. Była to dobra decyzja, bo wyżej było jeszcze gorzej, a chwilami cała droga była zamykana. Szlak za to bardzo przyjemny, nie asfaltem, a na wprost po skałkach i schodkach, chwilami całkiem ostro pnący się do góry. Lokalni pielgrzymi pokonywali go wg tradycji na boso!
Na szczycie, pod górnym klasztorem czekało nas rozczarowanie. Kolejka pielgrzymów czekających na wejście do środka i modlitwę dziękczynna u Św Bazyla sięgała bramy wejściowej! Była to co najmniej godzina stania w 30C upale. Po kilkunastu minutach zrezygnowaliśmy i klasztor widzieliśmy tylko z zewnątrz. To jednak nie był koniec naszej przygody, bo jak tylko zeszliśmy do auta zaczęła się burza z ulewnym deszczem. Nie było sensu czekać, więc zakładając, że może teraz mniej pielgrzymów będzie ciągnąć na górę, postanowiliśmy w deszczu zjechać w dół. A tu znów korki, mijanki, kiepska widoczność itd…Na szczęście tym razem to my jechaliśmy od strony skały, a nie od przepaści. Bezpiecznie udało nam się zjechać w dół, ale ja na jakiś czas wizyty w czarnogórskich klasztorach zawieszam.
Najstarsza droga do dawnej stolicy

Ta trasa za bardzo nie była nam po drodze. Zaplanowałam ją na powrót, licząc, że będziemy jechać od strony Podgoricy, a potem okazało się, że jedziemy z południa, znad morza i żeby przejechać P1 trzeba zrobić kółko nie do końca pasujące do trasy powrotnej do domu. Co więcej, wymyśliłam sobie, że jak już jechać po niesamowicie wijących się zakrętach, to najlepiej zjeżdżać w dół, by cały czas mieć widok na Bokę Kotorską. Żadna rozsądna nawigacja tak nie chce prowadzić, ale udało się wymusić z Petrovac do Obzovicja - Cetinje - Njegusi. I tak wjechaliśmy na drogę P1 od północy.
Jako, że to stara droga, myśleliśmy, że tutaj będzie spokojnie. Jednak ruch był spory. Nawet mijające się turystyczne autokary! Na szczęście trasa jest w miarę szeroka i cała wyasfaltowana i w ogóle nie ma porównania z mijankami, jakich doświadczyliśmy jadąc do Ostrog. Niestety jadąc w przed południem widoki na zatokę mieliśmy kiepskie - najpierw słońce było jeszcze za górami, a dolina jakby zamglona. Później zrobiło się pod słońce i znów niewiele było widać. Ta trasa miała jeszcze jedną wadę. Po zjeździe z P1 znaleźliśmy się znów na wąskiej, bardzo ruchliwej, niezwykle zatłoczonej drodze E80 do Kotoru. I utknęliśmy w olbrzymim korku przed miastem! Alternatywnej trasy tam, nie ma, bo z jednej strony morze, a z drugiej wysokie góry. Z poziomu auta miałam okazję przypomnieć sobie kotorską starówke i niesamowite, grube mury miejskie.