Nietypowo, górami z Czarnogóry do Albanii
Tak nam się spodobało na górskich trasach na Bałkanach, że postanowiliśmy zobaczyć jak najwięcej tych spektakularnych i malowniczych. Jadąc do Albanii więc w ogóle nie zjechaliśmy na czarnogórskie wybrzeże, tylko z Niksic pojechaliśmy na Podgoricę i na nowe przejście graniczne Cijevna – Grabon. Był to dobry wybór,bo wjechaliśmy bez kolejek, a po kilku kilometrach znaleźliśmy się już na pięknej górskiej trasie SH20. Niestety, tak jak od początku tego wyjazdu, mimo, że było bardzo ciepło, codziennie gdzieś nas musiały dopaść deszcze lub co najmniej mżawka.
Na SH20 najpierw było mokro i mgliście, potem wiatr trochę przegnał chmury, by pokazać nam piękno tych wysokich gór. Po chwili znów była mżawka. W planach mieliśmy przejechanie całej trasy SH20 na północ, przez Tamare, w kierunku kolejnej granicy z Czarnogórą, ale w pewnym momencie zwróciliśmy, bo nie było sensu dalej w narastającym deszczu jechać. Widoki przy jeździe z powrotem, bardziej w dół, oczywiście zacne, z jednym, najbardziej znanym przystankiem zwanym Leqet e Hotit, skąd można zrobić świetne fotki na wijącą się serpentynami drogę SH20 w kierunku doliny.
Mniej znane, północne wybrzeże Albanii
Jako, że był to nasz drugi wyjazd do Albanii, a tak na prawdę taki dłuższy tranzyt w kierunku Grecji, postanowiliśmy skupić się na zwiedzaniu atrakcji mniej oczywistych. Pominęliśmy więc Szkodrę i jej twierdzę i uciekając od koszmarnych, wieczornych korków zjechaliśmy na wybrzeże na północ od Durres. Pierwszy albański nocleg spędziliśmy na ogromnej plaży w małej miejscowości Tale, gdzie tak naprawdę największą atrakcją okazał się kompleks bunkrów, przy samej głównej drodze.
Kolejnego dnia ruszyliśmy na całodzienną wyprawę na Półwysep Rodonit, miejsce jeszcze do niedawna trudno dostępne, ale obecnie, tak jak większość albańskiej prowincji, posiadające już dojazd wąską, asfaltową dróżką. Obecnie małe wioseczki wypierane są tam przez nowoczesne domki i mini ośrodki wczasowe, mimo, że do wybrzeża ze wzgórz wcale nie jest tak blisko. Sama końcówa półwyspu to mała, turysytyczna wioska, z jednym kempingiem i kilkoma kamienistymi plażyczkami. Ta najładniejsza, większa plaża mieści się za terenem prywatnym, gdzie przy wjeździe na parking trzeba uiścić opłatę w gotówce. Warto tam wjechać, bo do wyboru ma się dwie plaże, mini trekking do ruin zamku oraz bunkry.

My najpierw poszliśmy górą, z parkingu od razu w lewo na zamek i bunkry. Okazało się, że stamtąd da się obejść końcówkę półwyspu dołem, trochę brodząc po wodzie i kamieniach, by znaleźć się po drugiej stronie na małej, nieco zaśmieconej plaży, z świetną jasnoniebieską wodą. Miejsce to widać z góry, gdy schodzi się w kierunku zamku. Kusiło nas, by sprawdzić czy dołem da się obejść półwysep z drugiej strony i znów dojść do parkingu, ale było już po południu i obawialiśmy się przypływu. Na powrót wybraliśmy inną, równie ekscytującą drogę - bezpośrednio na górę, na skarpę, trzymając się zwisającej tam liny.
Koniec końców na oficjalną, dużą plażę na Rodoni nie doszliśmy, ale już mieliśmy dość wrażeń na dziś, a wieczór planowaliśmy spędzić w Berat, prawie 3 godziny drogi dalej na południe.
Gdy bunkier łodzi podwodnej okazał się najmniejsza naszą przygodą tego dnia…
Ciężko mi było zdecydować, czy chcę na tę plaże jechać, czy nie. Dojazd szutrówką tylko 4x4, miejsce dość odludne, odwiedzane raz dziennie przez zorganizowane grupy. Czyli w przypadku awarii lub deszczu z pomocą może być ciężko, a też nie wiadomo w jakim stanie jest droga. Wszystkie moje obawy się spełniły, ale o tym za chwilę!
Głównym powodem dojazdu do Mateus Beach była chęć podpłynięcia do bunkra - schronu dla łodzi podwodnych z czasów zimnej wojny. Podobny bunkier widać z głównej drogi w okolicach miejscowości Porto Palermo. Tam jednak nie da się dojechać, bo na około bunkra teren wojskowy.

Plaża Mateus jest bardzo malutka, a dojazd do niej z kilkoma porządnymi wertepami. Nie jest nawet za bardzo stromo, tylko ogromne dziury na trasie. Gdy przyjechaliśmy na parking na ostatnim zakręcie, żadnego innego auta tam nie było. Na plaży mały barek i kilka osób. To się jednak szybko zmieniło, bo raz dziennie dojeżdżają tam wycieczki 4x4 dowożące turystów. Właśnie na taki moment trafiliśmy! Ale tak naprawdę nie miało to zbyt dużego znaczenia, bo od razu wzięliśmy maski i rurki i poszliśmy do morza na snorkelling. Rybek było całkiem sporo i kolor wody piękny. Można by tak siedzieć bardzo długo.

Ja postanowiłam popłynąć w kierunku bunkra dla łodzi atomowych. Okazało się to być dalej niż mi się wydawało, ale jakoś dopłynęłam. Miejsce to jest niezwykłe, szczególnie jak wpłynąć można do bunkra od strony morza. Można podpłynąć aż do samych, wielkich, zardzewiałych, żelaznych wrót. NIestety mi się nie udało wyjść tam na zewnątrz, bo betonowa ścianka nad wodą jest dość wysoka. MIejscowi wychodzili bez problemów. Do bunkra można też dojść lądem, ścieżką wzdłuż wybrzeża. Jest to znacznie krótsza i mniej męcząca trasa, ale wtedy raczej już się do niego nie wpłynie, chyba, że przy skalistym brzegu w ogóle nie byłoby fal.
To był moment, kiedy pozostało nam tylko jeszcze zrobić kilka ujęć dronem i mogliśmy zadowoleni wyjeżdżać na górę i ruszać w dalszą trasę. Jednak nic z tego nie nastąpiło. Lekko zawilgocone kluczyki do auta przestały reagować, samochód nie chciał się otworzyć. Awaryjnie udało się otworzyć tylko przednie drzwi kierowcy i na tym koniec. A zapasowe kluczyki czekały, jak zwykle, w szafce w Poznaniu. Mechanik potwierdził, że te zapasowe kluczyki to nasza jedyna opcja, chyba że chcemy ryzykować uruchomienie samochody przez albańskich mechaników, którzy prawdopodobnie mogliby to zrobić, ale jak im się nie uda, to już koniec. Niebo nad nami zapłakało, a my w ulewnym deszczu szybko spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, jakie udało nam się znaleźć z przodu auta (od bagażnika oddzielała nas krata!) i udaliśmy się na pieszo do głównej drogi. Adam zabrał się z poznanymi na parkingu Polakami do Himare, by szukać pomocy, a my, wciąż w ulewnym deszczu, ruszyliśmy do Himare na pieszo, po górach, poboczem głównej drogi.
Po 5 kilometrach doszliśmy do miasteczka, a po kolejnych dwóch spotkaliśmy się przypadkiem z Adamem w centrum. Zaczęliśmy organizować polską ekipę pomocową, czyli kuzynkę z mężem, którzy mieli u nas w domu znaleźć kluczyki zapasowe,a potem przekonać kogoś lecącego z Poznania do Tirany samolotem, by nam je przywiózł. Misja okazała się nie taka prosta, bo owszem, kluczyki ktoś nam zabrał, ale w międzyczasie lot do Tirany został najpierw opóźniony, a potem przesunięty o kilkanaście godzin, aż do następnego dnia! W tym czasie Adam już był w drodze do Tiranym autobusem, z resztka gotówki, resztą jedzenia i dużymi nadziejami na sukces. Na szczęście finalnie lotu nie odwołano i kluczyki zostały odebrane na lotnisku. W międzyczasie odjechały już wszystkie autobusy do Himare, więc Adam czekała druga noc w stolicy, a my w tym czasie odpoczywaliśmy na zesłaniu w Himare.
Jak nieplanowane Himare stało się naszym miejscem wypoczynku aż na dwa dni
Himare, w przeciwieństwie do Sarandy i Ksamilu, reklamuje się jako spokojny kurort dla rodzin z dziećmi. Brzmiało to pocieszająco, bo jak już trzeba gdzieś zostać n
A kilka dni, to niech to będzie miasteczko z plażami i okolicznymi atrakcjami. Jak to na dość popularne miejsce turystyczne, ceny w Himare były dość wysokie. Pierwszej nocy, po burzach i ulewnych deszczach, zdecydowaliśmy się na mały pokoik dla 3 osób za 60 EUR, drugiej nocy poszliśmy już na kemping Pine Side Tree, z fajnymi namiotami, wyposażonymi w materace i pościel, za 25 EUR. Oczywiście wszędzie trzeba było płacić gotówką, a każde jej wyjęcie to prowizja 6 EUR!
Przed naszą trójką był cały dzień na plażowanie i zwiedzanie na pieszo okolicy. A okolica okazała się bardzo ciekawa.

Zaczęliśmy od miejskiej plaży w centrum miasteczka, skąd przemieściliśmy się na południe, w poszukiwaniu plaży Filikuri Beach. Dojście do plaży łatwe nie było, a my nie mieliśµy nawigacji ani dostępu do Internetu, tylko zdjęcia mapy. Przy końcu plaży trzeba było powędrować asfaltem w górę na skarpę, a potem wąską ścieżką poprzez trawy, aż do bardzo stromego, glinianego zejścia w dół na plażę. Zejście tą droga było możliwe tylko dzięki grubym sznurom, umieszczonym wzdłuż całej trasy. Na plaży zastaliśmy sporo ludzi, część z nich przypłynęła kajakami, co mogło być znacznie prostszą trasą niż ta nasza. Miejsce to na pewno warte jest odwiedzania. Zatoczka znajduje się między wysokimi skałami, ma białe kamyki i krystalicznie czystą, aczkolwiek znacznie chłodniejszą niż na plażach w Himarę, wodę.

Druga odwiedzoną tego dnia plażą była Livadi Beach, znajdująca się na drugim końcu Himare, za naszym kempingiem, jeszcze dalej na północ. Ta plaża była znacznie większa od poprzedniej, lekko już wyludniona późnym popołudniem. Największą jej atrakcją okazał się mały most pontonowy, z którego dzieci ćwiczyły skoki do ciepłej wody. Sama w sobie plaża była bardzo długa, a my zeszliśmy na nią w wschodnim końcu. Wyjście do głównej drogi mieliśmy na zachodzie, a stamtąd jeszcze trzeba było iść do góry główną drogą, by dostać się z powrotem, już nie przez las, do Himare.

Na zachód słońca planowałam wizytę w twierdzy - zamku Himare, znajdującym się na wzgórzu nad plażą Livadi. NIestety nie wyrobiliśmy się z czasem, a chodząc bez mapy ciężko było ocenić odległość do twierdzy, która w rzeczywistości była znacznie dalej niż nam się wydawało. Szło się jednak miło i przed zmrokiem zdobyliśmy stare miasto, dochodząc do niego niejako od tyłu, zgodnie ze wskazaniem mojej mapy offline. Trochę żałuję, że nie udało nam się dotrzeć wcześniej, bo szybko zrobiło się ciemno, a miejsce było niezwykle ciekawe. Teren dawnej twierdzy jest nadal zamieszkany. Klucząc wąskimi, kamiennymi, ledwie oświetlonymi uliczkami dotarliśmy do ruin zamku i pozostałości kościoła z malowidłami. Trochę się pogubiliśmy, bo w międzyczasie zrobiło się już kompletnie ciemno i nie za bardzo było wiadomo, jak z samej końcówki zamku dojść do głównej drogi! Do Himare mieliśmy jeszcze 3 kilometry, ale nikt nie miał już siły iść. Pozostało nam złapać stopa, co poszło zadziwiająco szybko i już po chwili mogliśmy świętować zwycięstwo w jedynym miejscowym markecie w Himare, gdzie można było płacić kartą.
Albańskie perełki: Berat i Gjirokastra plus Hadrianopolis
Albania przede wszystkim kojarzy się turystom z trasą wzdłuż wybrzeża i pięknymi plażami. Ale to nie wszystko, co ma ten kraj do zaoferowania. Jeśli odjedzie się nieco od morza, w kierunku gór, jest równie ciekawie. Berat to niewielkie miasto, oddalone o 1,5 godziny drogi od Durres. My wizytę w Beracie połączyliśmy z przedpołudniowym zwiedzaniem Półwyspu Rodonit, więc do miasta dojechaliśmy dopiero pod wieczór. Była to nasza jedyna noc na kempingu (a nie na dziko), bo chcieliśmy spać jak najbliżej centrum miasta, by wieczorem móc wyjść na spacer.

Był to dobry wybór, bo Berat wieczorem zachwyca. Jest pięknie oświetlony, spokojny, już bez tłumu jednodniowych turystów. My, po kolacji w centrum, ruszyliśmy wzdłuż rzeki, przez trzy zabytkowe, kamienne mosty, aż do dzielnicy Mangalem. To najstarsza część miasta, znana z szeregów domów, z dużymi okiennicami, ustawionych na wzgórzu, wzdłuż rzeki. Na spacer wyruszyliśmy długo po zachodzie słońca, gdy wąskie uliczki starego miasta były już zupełnie puste. Czuliśmy się jakbyśmy chodzili po opuszczonym średniowiecznym, kamiennym miasteczku.

Naszym celem było dojście do twierdzy, na szczycie wzgórza. Z mapy wynikało, że prowadzi do niej wiele, małych, kluczących uliczek, a dodatkowo jest też szlak wzdłuż górnych murów starego miasta. W samotności wędrowaliśmy więc ku górze, w niesamowitej atmosferze starego miasta, a do tego z pięknym widokiem na rzekę w dole. Okazało się, że nasz ścieżka z mapy.cz to szklakiem była raczje kilkalat temu. Teraz reprezentowały ja głównie zgliszcza, chociaż lekko wykarczowane. Przejść się jednak dało i twierdzę zdobyliśmy niejako od tyłu. Tak nam dobrze szło, że drogę powrotną również odbyliśmy po jakimś starym szlaku i nagle znaleźliśmy się na małej, mieszkalnej uliczce, na zboczu murów twierdzy! Jak zwykle w takich miejscach, pojawiły się pierwsze lokalne auta osobowe, które wydawałoby się, nie miały prawa aż tak wysoko, po tej wąskiej, szutrowej drodze dojechać.
Nieco dalej na południe, wciąż jadąc górami, znajduje się miejscowość Gjirokaster, zwana miastem srebrnych dachów. To kolejne miejsce z albańskiej listy UNESCO. Tutaj przede wszystkim przyciągnął nas piękny zamek- twierdza, górujący nad miasteczkiem. Jak to zwykle w takich miejsca, trochę było problemu z parkowaniem i nie polecam wpychania się pod samą twierdzę. Wszędzie tam ciasno i same jednokierunkowe uliczki. Większe auta, typu kamper w ogóle mają tam, zakaz wjazdu. Auto spokojnie można zostawić za darmo na asfaltowej drodze dojazdowej, wzdłuż murów zamku. Odległości nigdzie nie są duże.

My zwiedzanie zaczęliśmy właśnie od zamku. Bardzo nam się tam spodobało i spędziliśmy tam znacznie więcej czasu niż byśmy się spodziewali. Twierdza ma wiele zakamarków i każdy znajdzie coś dla siebie. Można nawet wdrapać się na dach jednego z budynków, by z jeszcze wyżej spojrzeć na dachy Gjirokastry. Jedyne, co wszędzie dokucza, to ogromny upał!
Stare miasteczko u podnóża zamku jest niewielkie i bardzo turystyczne. Ale i tak warto się tam przejść, pomiędzy kamiennymi domkami, po wąskich, brukowanych uliczkach. Poza ścisłe centrum, gdzie ruch aut jest bardzo ograniczony, nie wychodziliśmy. Nie udało nam się niestety znaleźć schronu atomowego, ale być może nie był udostępniony do zwiedzania.
Jadąc w kierunku granicy z Grecją trafiliśmy na jeszcze jedno ciekawe miejsce. Mnie najpierw zaciekawiła sama nazwa i krótki opis, znaleziony w Internecie: Hadrianopolis. Czyżby na albańskiej prowincji natknąć się można na rzymskie ruiny? Dokładnie tak! Miasteczko dość marnie oznaczone, jakiś zjazd z głównej drogi był, ale gdyby nie to, że wiedzieliśmy że to miejsce naprawdę istnieje i można je odwiedzić, chyba byśmy zawrócili. Boczna droga, która wiedzie wzdłuż szosy, nagle kończy się niskim i wąskim tunelem, a za nią zaczynają się pola i szutrówka. Na szczęście nasze auto w tunelu się zmieściło i podjechaliśmy jakieś 500 metrów dalej, gdzie nagle, wśród pól i pastwisk, ukazał nam się starożytny amfiteatr!
MIejsca tego z ŋłównej drogi w ogóle nie widać, zresztą z tej polnej, bocznej też tak nie za bardzo, bo pozostałości rzymskiej osady znajdują się nieco w dole. Nie ma żadnego płotu, bramki, czy biletów. Może kiedyś będą, ale na razie to nawet za bardzo dojazdu nie ma! A miejsce, mimo, że malutkie, jest bardzo fajne. Amfiteatr ma całkiem dobrze zachowane trybuny. Dodatkowo mamy pozostałości łaźni i kilka mniej rozpoznanych murków. Jest też jedna tablica informacyjna. Gdyby nie to, że tego dnia planowaliśmy nocleg nad morzem, w Butrint, Hadrianopolis mogłoby stać się całkiem ciekawą miejscówką noclegową! Jedynie, co by mogło zakłócać antyczny spokój to dość spore stadko owiec spędzane popołudniową porą na okoliczne pola.
Nocleg w rzymskiej wiosce sobie odpuściliśmy, bo czekał na nas piękny wieczór i noc nad morzem, w samym sercu Parku Narodowego Butrint. Miejscówka z Grupy Biwakowej bardzo się sprawdziła. Autko postawiliśmy przy samej plaży, potem kolacja w mini restauracji na plaży. Były tylko smażone mule, papryki, ser i frytki, ale uczta z tego wyszła niesamowita. Rano przywitały nas owce i piękny widok na całą zatokę z Saranda i Ksamilem gdzieś po drugiej stronie.