Są wakacje, są termy: tanio, lokalnie, a do tego jeszcze jezioro!

Jonathermal Każdy wyjazd na po południe Europy rozpoczynamy od wizyty na jednym z termalnych kempingów na Węgrzech. W tym roku, wyruszając na wakacje z południowo zachodniej Polski, mogliśmy zaplanować nocleg nieco bliżej granicy węgiersko - serbskiej, a nie tak jak zazwyczaj na Północy Węgier. Nasz wybór padł na miejscowość Kiskunmajsa , gdzie znajduje się kemping termalny i oraz kompleks basenów Jonathermál Gyógy .
Mieliśmy tam dojechać w mniej niż 8 godzin, ale poprzez liczne korki w Czechach i na Słowacji, dojechaliśmy wykończeni po 10-ciu godzinach, gdy baseny już się właśnie zamykały! To znamienne na całych Węgrzech, że niezależnie od długości dnia, środka, lata, wakacji i pięknej pogody, w mniejszych miejscowościach baseny potrafią się zamykać o 19, z ostatnim wejściem przed 18!

Jonathermal Okazało się, że nasz kemping jest oddzielony od basenów płotem oraz sporym parkingiem i wejście nie jest w ramach ceny za nocleg, tylko płaci się osobno za każdy dzień pobytu (ale za to ze zniżką). Tak więc pierwszego dnia, tuż przed zamknięciem i tak by nam się nie opłacało biletów kupować, chociaż generalnie ceny tutaj były bardzo niskie, za mniej niż 50 euro mieliśmy kemping oraz całodniowy pobyt na basenie dla całej rodziny. Więcej zapłaciliśmy za kolację w regionalnej knajpce Lopofa Csarda , niedaleko kempingu. Ale za to była muzyka na żywo!
Podczas płatności za kemping, poinformowano nas, że goście kempingu mają prawo wejść na baseny o godzinę wcześniej niż pozostali klienci, tylko wtedy korzystać można z basenów wewnętrznych, bo na zewnątrz nie ma jeszcze obsługi. Nic na Węgrzech jednak nie może być zbyt proste i oczywiste. Gdy radośnie, omijając kolejkę, stanęliśmy w wejściu o godzinie 8.30, nikt nam nie chciał otworzyć! Po dłuższym dobijaniu się wyszła pani i łamanym, angielskim wyjaśniła, że owszem mieliśmy wejście wcześniej, ale do 8.30! A teraz była już 8.40 i wejścia nie ma! My jednak, udając, że nie rozumieliśmy machaliśmy nadal naszymi kempingowymi biletami, wykłócając się tak długo, aż zirytowania pani po prostu nas wpuściła!.

Jonathermal Na wewnętrznych basenach termalnych przez pierwsze 20 minut byliśmy sami! A miejsce było niezwykłe. Pod szklanym dachem znajdował się wielki, kilkutorowy, 20 metrowy basen, z brązowa wodą termalną i sporą głębokością. Po raz pierwszy się spotkałam z basenem z woda termalną do pływania. Na końcówce było tak głęboko, że stać się nie dało! Oprócz tego, obok znajdowały się dwa mniejsze baseniki, z jeszcze cieplejszą wodą i nasz hit - małe piekiełko z schodkami w dół i woda lodowatą!
Zadaszoną częścią można było przejść z basenów leczniczych do wewnętrznych basenów rekreacyjnych, tez z ciepłą wodą, a stamtąd wypłynąć na zewnątrz. O poranku było bardzo przyjemnie, bo wszędzie było bardzo mało ludzi. Jedyny minus taki, że nie wszystkie atrakcje dla dzieci i nie wszystkie bąble jacuzzi było już uruchomione - czekali na więcej ludzi.

Jonathermal Teren Jonathermal jest całkiem spory. Po pierwszym nacieszeniu się pływaniem poszliśmy na zjeżdżalnie (jedna, pionowa aż za szybka i przerażająca) oraz na sztuczną falę morską. Był też mniejszy basenik dla dzieci, z którego nasze całkiem spore dzieci z radością skorzystały. Kiedyś na zewnątrz można było popływać w dużym , głębokim basenie sportowym, ale tym razem był bez wody i nie wyglądał jakby w najbliższym czasie miał być jeszcze czynny.
To nadal nie wszystko. W samym końcu parku ukryte było spore, również brązowe, ciepłe jeziorko, z dmuchanymi skoczniami i ścianką wspinaczkową na środku. Przy brzegach było płytko, ale jak wypłynęło się za wyznaczoną linie, nagle robiło się ponad 3 metry głębokości. Wszystkie dmuchańce były w cenie biletu, ale były to głównie atrakcje dla bardzo sprawnej młodzieży. Mi się na nie ze srodka jeziora w ogóle nie udało wdrapać!
Na zewnątrz oczywiście były też spore, płytkie baseny termalne oraz alejka punktów gastronomicznych (można było płacić kartą). Jak na porządne termy przystało, było duże stanowisko specjalizujące się w przygotowywaniu na miejscu i smażeniu langoszy. Nic więcej już nam nie było potrzeba!

.

Desperackie, nocne poszukiwania term (i dzikiego noclegu) na południu Węgier

Tomasi Thermal Tomasi Thermal w ogóle w planach nie było. Miało być spektakularnie, dużo basenów w Sarvar, już piątek po południu, na powrocie do Polski, ale po awarii auta w Sarajewie, nasze plany się zmieniły, gdyż rozsądek podpowiadał, by z zespawanym sprzęgłem dojechać do Polski jak najkrótszą trasą. Znaleźliśmy więc jakiś mniejszy basen w małej miejscowości Siklos, na trasie, po przekroczeniu granicy chorwacko - węgierskiej. Miało być cicho i spokojnie, nocleg na parkingu, a od rana pływanie. Ale cicho nie było, spokojnie też nie! Basen rozświetlony o 21, parking pełen! Okazało się, że w ostatni piątek sierpnia świętują zakończenie sezonu i impreza na basenie z muzyką potrwa do 1 w nocy! Gdybyśmy byli bez dzieci i gdybyśmy na drugi dzień nie mieli do przejechania 1000 km to można by zostać. Ale nie tym razem. Szukamy więc dalej. Najbliższe były Harkany, dość znane uzdrowisko, miejscowość, która składa się tylko z basenów i hoteli. Nawet udało nam się tam znaleźć parking, gdzie można nocować, już prawie rozkładaliśmy namiot…a tu zaczęły na około nas latać dość już zdenerwowane szerszenie! Znów trzeba było się wynosić. I tak dojechaliśmy aż do pół pod miastem Pecs.

Tomasi Thermal Basen Tomasi to bardzo lokalna atrakcja. Na początek zostaliśmy poinformowani po węgiersku, że część basenów wewnętrznych jest nieczynna (o czym przekonaliśmy się oczywiście po wejściu). Jednak nam to nie przeszkadzało, chodziło o popływanie przed długa droga do domu. Miejsce to nadawało się do tego idealnie. Ludzi dużo nie było, a największą sensację wśród dzieci wzbudził mini barek w ciepłym basenie, z krzesełkami pod wodą. Do tego oczywiście był spory, płytki basen termalny, częściowo znajdujący się na zewnątrz, a częściowo w środku, podzielony na dwie oddzielne sekcje. Teren był bardzo mały, ale dzięki temu udało nam się popływać, zjeść langosze i wyjść koło południa.