Jak prosto można zorganizować wyprawę z Hurghady do Kairu
Na decyzję o zimowym wyjeździe do Egiptu definitywnie wpłynęły piramidy, a dokładnie to możliwość zobaczenia ich na żywo! Ja w Egipcie byłam tylko raz, 20 lat wcześniej, ale na Półwyspie Synaj. Od tego czasu nie udało mi się wrócić, głównie ze względu na bardzo niestabilną sytuację polityczną tego kraju i brak możliwości samodzielnego podróżowania. Piramidy jednak w końcu nas przyciągnęły i przełamaliśmy się kupując po prostu wycieczkę All Inclusive do Hurghady, z samodzielnym wyjazdem do Kairu.
Obecnie turystom indywidualnym nie jest trudno podróżować. Bilety na loty wewnętrzne, noclegi oraz przejazdy autobusowe, a czasami nawet Ubera, można zarezerwować online i zapłacić za nie np. Revolutem, unikając przewalutowań. Oczywiście po przyjeździe należy kupić lokalną kartę SIM (na lotnisku w Hurghadzie jest kilka stanowisk) i liczyć, że zostanie przez dostawcę dla nas aktywowana i że będzie na niej tyle GB ile zakupiliśmy (w naszym przypadku internet zaczął działać po 12 godzinach, mimo, że sprzedawca zapewniał, że będzie karta będzie aktywna w ciągu godziny, a liczby GB nawet nie sprawdzaliśmy, najważniejsze że działałała!).
My zdecydowaliśmy się na państwowe linie EgyptAir, jako że miały nieco lepsze opinie od prywatnych tani linii AirCairo. Generalnie, obie linie opinii zbyt dobrych nie mają ze względu na częste opóźnienia, odwołania lotów, kiepską obsługę czy gubienie bagaży. Jednak w naszym przypadku żadna z tych opinii się nie sprawdziła, ale staraliśmy się zminimalizować niepotrzebne ryzyka.
Polecieliśmy najwcześniejszym lotem porannym, zakładając, że taki powinien się jeszcze odbyć, decydując się przy tym na powrót klasą biznesową autobusem (Go Bus ), gdyż szanse na spóźnienia lub wręcz odwołanie lotów późno wieczornych są znacznie większe. Do tego nie braliśmy żadnych dużych bagaży tylko podręczny. Nasz lot o 4.45 do Kairu był punktualny i samym liniom nie mamy kompletnie nic do zarzucenia. Co nas zdziwiło, przy lotach wewnętrznych nikt nie przejmuje się już 100ml płynów i spokojnie można wnieść na lotnisko swoje napoje. My dodatkowo w trakcie lotu dostaliśmy po małej buteleczce wody. Na trasie międzynarodowej niestety nadal wszystko jest sprawdzane i płyny są wyrzucane.
Transport w Kairze ostatnio również znacznie się uprościł dzięki Uberowi. Należy jednak pamiętać, że nie w każdym dużym mieście egipskim działa Uber - przejazdy można zamówić na przykład w Hurghadzie ale już nie w Luksorze. Na kairskim lotnisku poszło nam całkiem sprawnie, chociaż na początku trochę się pogubiliśmy przy szukaniu najlepszego miejsca na zamówienie taksówki. Wyszliśmy na zewnątrz, poza lotniskowy parking, na ulicę, a tam taksówką nie wolno się zatrzymywać. Należy szukać taksówek stojących w ramach dolnego parkingu, zazwyczaj są określane strefy w jakich taksówka może już czekać (np pod znakiem B1). To co jest najpiękniejsze w Uberze to normalna cena przejazdu - bez zawyżania pod turystów lub przewożenia najdłuższą możliwą drogą dla zwiększenia ceny przejazdu. Uberem jeździliśmy kilka razy i zawsze cena była bardzo korzystna, a taksówkarz nigdy nie chciał dodatkowych pieniędzy, nawet nie za bardzo chcieli brać napiwek.
Piramidy, ostatni starożytny cud świata
Zamarzyły nam się piramidy tylko dla nas, bez dzikich tłumów, autokarów i zorganizowanych wycieczek. I udało nam się tego dokonać, przybywając pod bramki o godzinie 7.30. Wtedy jeszcze wycieczki są w trasie, a lokalni sprzedawcy, poganiacze wielbłądów i dorożki dopiero się budzą. Jako, że w Kairze wylądowaliśmy już o 6 tej rano, do Gizy Uberem dojechaliśmy około 7 mej rano ( i to za niecałe 14 USD, wraz z napiwkiem). Co prawda zamiast przy głównym wejściu wysiedliśmy przy płocie zza którego było widać pierwszą piramidę, ale to nasza wina, bo taki punkt wskazaliśmy naszemu kairskiemu kierowcy. Postanowiliśmy więc iść wzdłuż płotu na pieszo, w końcu kiedyś musi być jakaś brama! Była to całkiem ciekawa wędrówka, w kurzu, opadających chmurach smogu, po rumowisku, które kiedyś pewnie było biedna dzielnicą mieszkaniową, tuż przy samych piramidach. Niedługo zapewne ten teren pewnie przeznaczony będzie na luksusowe hotele.

Wejścia na teren piramid strzeże kilka posterunków policji, gdzie teoretycznie turysta może być sprawdzony. Nikt tu jednak nie powinien żądać jeszcze biletów, jako, że kasa znajduje się na samym końcu asfaltowej drogi. Stamtąd już bardzo ładnie widać piramidę Cheopsa. Za bilety do wszystkich państwowych zabytków płacić można tylko kartą i dla zagranicznych turystów zawsze obowiązuje oddzielna cena, na szczęście wciąż jeszcze nie jest to horrendalnie wysoka kwota, a dzieci do 12 roku życia mają zniżkę. Dodatkowa opłata pojawia się jeśli chcemy wejść do którejś piramidy do środka. Tutaj cena jest już znacznie wyższa (prawie 15 USD), ale raz w życiu tak niesamowite starożytne miejsce warto odwiedzić.

Oczywiście wchodzimy do piramidy Cheopsa, czyli tej największej. Przed 8 mą rano jest jeszcze bardzo spokojnie, dojechały może 1-2 autokary, ale trzeba się spieszyć, bo później do wnętrza piramidy może ustawić się kolejka.
Do środka wpuszczane jest po kilka osób, jako że wejście jest wąskie i bardzo strome. Wspina się po drewnianych kładkach, aż do głównej komnaty, która jest zaskakująco mała i skromna. We wnętrzu znajduje się tylko kamienny grobowiec. Jest bardzo cicho, spokojnie i niesamowicie gorąco. Zejście wcale nie jest prostsze, bo tą samą trasę trzeba pokonać ostro w dół, przy ogromnej duchocie. Na szczęście we wnętrzu jesteśmy zupełnie sami, nikt nas nie popędza, ani nie stoimy w korku. Można w spokoju podziwiać monumentalne, kamienne bloki i prostotę tego miejsca. Do niedawna fotografowanie wnętrza piramidy było zabronione, ale w dobie telefonów komórkowych ten zakaz stał się martwy, więc teraz już fotografować telefonem można. Wciąż jednak teoretycznie obowiązuje zakaz wnoszenie aparatów fotograficznych, który niweluje niewielki bakszysz wręczony obsłudze przy wejściu.

Piramida Cheopsa to ta jedyna, na którą można się minimalnie wspiąć, po jej skalnych blokach. Wszystko dlatego, że wejście do jej wnętrza znajduje się kilka metrów nad ziemią. Wchodzenie na inne piramidy jest surowo wzbronione, a kary są bardzo wysokie. My wędrówkę zaczynamy od okrążenia tej najwyższej piramidy (138 metrów!), po czym asfaltem (tak, niestety wzdłuż piramid poprowadzono asfaltową drogę, by uprzywilejowane wycieczki mogły podjechać jeszcze bliżej) ruszamy w kierunku Wielkiego Sfinksa.

Powoli nadciągają pierwsi poganiacze wielbłądów, jeszcze nie nachalni, spokojnie pozwalają nam spacerować, bez nagabywania o przejażdżkę. Niestety pod samego Sfinksa zwykły śmiertelnik podejść nie może - odgradza nas od niego brama, a w dole widać ustawione krzesła. Pewnie taki widok na wprost zarezerwowany jest tylko dla specjalnych turystów. Jednak obchodząc Sfinksa z drugiej strony przynajmniej można podejść bliżej i zrobić świetne fotki z jego profilem i piramidą Chefrena w tle. To jedyne miejsce na całym terenie, gdzie ponownie sprawdzają nam bilet wstępu, ale na szczęście za wejście nie ma jeszcze dodatkowej opłaty. Sfinks z bliska jest ogromny, chociaż dzieci składają reklamacje, że powinien być jeszcze większy, tak jak w komiksach!

Jako, że wciąż jest wcześnie, na tyłach piramid oprócz pojedynczych miejscowych nie ma nikogo. Udajemy się więc na dziki spacer po pustyni, tam gdzie nie ma asfaltu ani żadnej innej drogi. Po pustyni idzie się całkiem dobrze, bo nie jest jeszcze bardzo gorąco, a piasek jest skamieniały. Na tyłach piramidy Chefrena widać stanowiska archeologiczne. Jest też kilka niewielkich górek, na które można się wspiąć i zrobić fajne fotki.
Niejako od tyłu dochodzimy do najmniejszej piramidy Mykerinosa. Już widać w oddali pierwsze większe grupki turystów, podążające na wielbłądach. Z daleka stanowią całkiem fajne tło dla pustyni i piramid. Właśnie dzięki turystom odnajdujemy najbardziej znany punkt widokowy, dokładnie na drugim końcu naszej nieoficjalnej trasy przez pustynię. To tam, asfaltem, busami lub dorożkami, docierają wycieczki, a my po prostu na szagę docieramy na najbliższe wzgórze. To najlepsze miejsce, by uchwycić wszystkie trzy piramidy, z pustynia w tle. Gdzieś w oddali jak się człowiek dokładnie przyjrzy widać zamgloną Gizę, która powoli otacza piramidy.
Zwiedzanie piramid zajęło nam ponad 3 godziny, a gdy wychodziliśmy przed 11-tą parking przy kasach biletowych było nie do poznania. Autokary stały wszędzie, również pod piramida Chefrena! Jak dobrze było wstać tak wcześnie rano!
Spacerkiem przez islamski, stary Kair

Z Gizy pojechaliśmy Uberem bezpośrednio do XII wiecznej cytadeli Saladyna. Na szczęście przed południem Kair jeszcze nie był zakorkowany, ale niestety na około samej twierdzy trwają ogromne prace budowlane, także do głównej bramy idzie się przez środek budowy, manewrując między koparkami. Wejście na teren całej cytadeli jest płatne, ale warto te pieniądze wydać ze względu na piękny widok na starą część Kairu oraz na dwa niesamowite meczety. Pierwszy meczet Al-Nasser Mohammed Ibn Kalawoun, który znajduje się przy uliczce prowadzącej do głównego placu. Drugi, to ten najbardziej znany meczet Muhammada Alego, błyszczący w środku, z bogato zdobionym wnętrzem, wielkim kryształowym żyrandolem oraz zabytkowymi kazalnicami.

Na tyłach tego meczetu znajduje się taras widokowy, skąd pięknie widać starą zabudowę centrum Kairu. Drugi punkt widokowy znajduje się na lewo po wyjściu z terenu meczetu - stamtąd jeszcze lepiej widać całe miasto. Niestety na całym terenie cytadeli czynna jest tylko jedna brama, więc wyjście prowadzi znów przez plac budowy, a potem kilkaset metrów wzdłuż dwupasmowej ulicy. Na mapach pokazana jeszcze jest starta trasa, tuż przy murach twierdzy, ale w praktyce teren dawnego parku zrównany jest z ziemią, w ramach ogólnego planu ulepszenia i nowoczesnego wybetonowania okolic cytadeli. Tak przynajmniej to wygląda na poglądowych billboardach.

Przez kolejne ponad dwie godziny włóczyliśmy się po wąskich, starych, bardzo głośnych i niesamowicie kolorowych uliczkach starego Kairu, idąc na pieszo z cytadeli w kierunku zabytkowej bramy Bab Zuweila. Intensywność miasta bardzo przypominała stare Dehli, nawet ku naszemu zdziwieniu, pojawiły się tuktuki. Wszędzie kwitł handel, dzieci wracały ze szkoły, a gospodynie wychodziły na popołudniowe zakupy. Ulicą Al-Khayama dotarliśmy aż do bardziej już komercyjnego i nastawionego na dolarowych turystów bazaru Khan el Khalili.

Stąd chcieliśmy wziąć Ubera do naszego hostelu ale okazało się, że ruch uliczny jest tak wielki, że taksówka w ogóle nie mogła do nas dojechać. Będąc w samym środku bazarów nie pozostało nam nic innego jak brnąć między tłumem miejscowych dalej, przez mniej już ciekawe, tekstylne, gęsto ustawione stragany przez następne kilkaset metrów do kolejnej dużej ulicy. Dopiero tam można było odetchnąć i ruszyć w dalszą trasę, nadal w zgiełku ale już z większą przestrzenią wokół nas, w kierunku naszego hostelu Cecilia, niedaleko placu Tahrir.

Odpuściliśmy już dzieciom ostatnią planowaną wycieczkę i pozostawiając je w hostelowym pokoju (zasnęły w kilka minut!), pobiegliśmy do niedaleko mieszczącego się Muzeum Egipskiego. Okazało się, że w sezonie zimowym zamykane jest ono o 17-tej, a ostatni zwiedzający wpuszczani są o 16-tej. Nocując w centrum Kairu, tylko 800 metrów od muzeum, musieliśmy zdążyć tam zajrzeć, mimo, że ponoć najciekawsze mumie zostały już stamtąd wywiezione do nowego, wciąż jeszcze nie otwartego nowoczesnego muzeum kairskiego.
Stare muzeum składa się z dwóch owalnych poziomów, z niezliczona liczba małych pomieszczeń. Chronologicznie, starsze eksponaty znajdują się na parterze i to tam można się najbardziej zachwycić. Są fragmenty starożytnych murów, ogromne, cenne posągi, sarkofagi oraz czubki piramid. Na piętrze można trafić na dwie dobrze zachowane mumie oraz jeszcze większą ilość sarkofagów. Ale to, co przyciąga najbardziej to oddzielna sala, gdzie wyeksponowane są znaleziska z grobowca Tutenchamona, z doliny Królów, wraz z jego złotą maską, biżuterią oraz dwoma bardzo ozdobnymi sarkofagami. Niestety tam nie wolno robić zdjęć, nawet telefonem komórkowym.

Stare muzeum, z początku XX wieku ma swój klimat, ale też ma wiele wad. Przede wszystkim jest tam dość ciemno, a wielkoformatowe eksponaty nie są dobrze oświetlone. Mniejsze przedmioty ogląda się na starych, szklano - drewnianych półkach, w większości kompletnie bez opisów, lub z drobna wzmianką po arabsku.
Zdecydowanie ilość wybitnych dzieł przytłacza, szczególnie w stosunku do tak małej przestrzeni na jakiej je rozmieszczono. Cieszę się, że to miejsce zdążyłam odwiedzić przed przenosinami do nowego gmachu, bo trochę czułam się jak w starym filmie. Generalnie jednak wolę takie dzieła podziwiać zamiast za muzealną szybą, w ich naturalnym środowisku czyli na przykład w Dolinie Królów czy w Karnaku.