Boskie świątynie prawobrzeżnego Luksoru
Wahaliśmy się, czy do Luksoru brać wycieczkę zorganizowaną czy spróbować samemu. Teoretycznie można by dojechać GoBusem (około 4 godzin przez pustynię i potem wzdłuż Nilu) i potem na miejscu jeździć taksówkami tylko niestety były dwie przeszkody. W rozkładzie nie było żadnego bardzo porannego autobusu, dopiero taki który by nas dowiózł po 11 tej (a o 17 tej już robiło się ciemno), a do tego w Luksorze nie można jeszcze korzysta z Ubera więc zamawianie i negocjowanie taksówek jest o wiele trudniejsze. Jednak tak naprawdę to co zadecydowało o wykupieniu wycieczki autokarowej to brak czasu po naszej stronie. Na spokojnie sami moglibyśmy zwiedzić Luksor poświęcając dwa pełne dni, a tyle czasu nie mieliśmy.
Wybraliśmy więc lokalne, polsko-egipskie biuro EM Tours i za 55 USD od osoby (przejazd, wszystkie bilety wstępu i obiad) pojechaliśmy na zorganizowaną wyprawę do Luksoru. Przewagą naszej wycieczki było to, że startowaliśmy już przed 5 tą rano i na miejscu byliśmy około 10 tej. Niestety jak to z objazdowymi wycieczkami najpierw przez godzinę odjeżdżaliśmy hotele pod Hurghadą, zbierając turystów. Ale przynajmniej zobaczyliśmy jak te inne wielkie hotele na południe od Hurghady wyglądają. To, co je wyróżnia to na pewno otaczająca je pustynia i nic poza tym!
W końcu wyjechaliśmy na pustynię i równiutkim asfaltem podążaliśmy w kierunku miejscowości Quena. Po drodze był jeden przystanek na skorzystanie z toalety i ewentualne zakupy. Oczywiście było to miejsce, gdzie zatrzymywały się wszystkie autobusy, więc ceny były w dolarach i to nie niskie!
W miejscowości Qena kończyła się pustynia i nasza dalsza trasa wiodła wzdłuż Nilu. Było to tylko 70 km do przejechania ale zajmowało ponad 1,5 godziny, bo jedzie się już bardziej lokalnymi drogami, praktycznie cały czas wzdłuż małych miejscowości.
W Luksorze dosiadł do nas Egipcjanin, który był naszym polskojęzycznym przewodnikiem. To też jedna z zalet takiej wycieczki - przynajmniej dzieci mogły trochę posłuchać o historii i zabytkach Luksoru.

Zaczęliśmy od wschodniego brzegu czyli od Karnak - kompleksu świątyń zbudowanych około 1500-1000 lat przed naszą erą. Teren jest świetnie zachowany ale też nie za duży, z blisko siebie znajdującymi się pozostałościami budowli. Niestety wszędzie towarzyszą nam dzikie tłumy wycieczkowe, jakby wszystkie autobusy dojechały o tej samej porze (co może być też prawdą!). Do tego dołącza jeszcze kilka lokalnych wycieczek szkolnych. Na głównym trakcie aż ciężko jest się poruszać, nie mówiąc już o zatrzymaniu się na spokojnie i posłuchać opowieści przewodnika. Dobrze, że te monumentalne, otaczające nas kolumny są takie wysokie - przynajmniej patrząc w górę można poczuć potęgę tego miejsca.

Na szczęście wystarczy zejść z głównego traktu by od razu zrobiło się spokojniej. Większość wycieczek dociera tylko do słynnego, kamiennego skarabeusza, którego dla zapewnienia sobie szczęścia trzeba okrążyć siedem razy, a potem wszyscy wracają do autokarów. My po obowiąkowych opowieściach przewodnika, mieliśmy jeszcze 30 min wolnego na dojście do końca głównej części kompleksu i pochodzenie po bocznych alejkach.

Misterność zdobień kolumn, niekończące się szlaczki hieroglifów, a nawet gdzieniegdzie przebijają się, wciąż nieźle zachowane, piękne kolory aż przytłaczają. Tego nie da się porównać do żadnego muzeum. Jesteśmy w oryginalnym miejscu, gdzie kamienne budowle przetrwały ponad trzy tysiące lat. Sala hypostylowa, składająca się z ogromnych pylonów robi niesamowite wrażenie. Aż by się tu chciało zostać, przeczekać te wszystkie tłumy i w spokoju pokontemplować, może jeszcze kiedyś będzie dane nam tu wrócić, ale wtedy już o poranku.
Przekraczając Nil w kierunku świata umarłych
Aby przenieść się do świata umarłych, czyli do Doliny Królów, musimy przepłynąć na drugi brzeg Nilu. W Luksorze znajduje się jeden most, ale jest on daleko na przedmieściach dlatego zarówno miejscowo jak i turyści często korzystają z szybszej metody pokonując rzekę publicznym promem, albo tak jak my, małym turystycznym stateczkiem. To nasze pierwsze spotkanie z Nilem! Co prawda przeprawa trwa tylko 5 minut ale bardzo nam się podoba. Po zachodniej stronie cumujemy koło tradycyjnej feluki, z wielkimi żaglami. Niestety takie małe jednostki coraz częściej wypierane tu są przez większe łodzie turystyczna, a nawet potężne, wycieczkowe statki. My, przed dalszym zwiedzaniem, i w oczekiwaniu na nasz autokar, udajemy się na pyszny obiad, który mamy zapewniony w cenie wycieczki. Dodatkowo jednak płatne są wszelkie napoje i na tym pewnie najwięcej restauracja zyskuje.
Jako, że zorganizowane wycieczki rządzą się swoimi prawami, nim dojechaliśmy na zwiedzanie grobowców, musieliśmy zaliczyć jedną fabryczkę alabastru ze sklepem. Wizyta długa nie była, bo Polacy aż tak w alabastrze nie gustują i nikt dużych zakupów nie zrobił. Teraz już prosta droga do Doliny Królów. Góry przed nami wyglądają bardzo niepozornie. Dopiero przewodnik zwraca nam uwagę na rozmieszczone gdzieniegdzie małe dziury. W każdej z nich był kiedyś grobowiec. Te łatwo dostępne od wieków są jednak już rozkradzione.

Turysta w ramach biletu może zwiedzić trzy wybrane grobowce. Nasz przewodnik wybrał Ramzesa III, Ramzesa IV oraz Ramzesa IX. Wszystkie były ciekawe, ale jak to zwykle największe wrażenie zrobił ten pierwszy. Wejście długim korytarzem w całości pokryte było kolorowymi, bardzo dobrze zachowanymi hieroglifami i freskami. Na końcu skromny grobowiec.
Ponieważ zwiedzanie zaczęliśmy po godzinie 14 tej, nie było już takich dzikich tłumów i w spokoju, powoli można było przejść korytarzem, podziwiające detale zdobień ścian oraz sufitu.

Kolejny grobowiec również miał świetne zdobienia, ale już te najstarsze, w korytarzu, były zabezpieczone szklaną szybą. Im dalej w głąb, tym bogatsze wnętrze, ale już sam grobowiec ogląda się tylko z końca korytarza, tym razem nie można wejść do środka i go obejść.

Do ostatniego Ramzesa schodzi się najbardziej ostro w dół i sam korytarz też jest najdłuższy. Tutaj droga trochę się korkuje, bo nie dosyć, że jest stromo, to jeszcze w środku jest bardzo duszno i gorąco. Na trasie nie zachowało się zbyt wiele ozdób, ale sam grobowiec i ściany wokół niego są całkiem ciekawe.
Wyjeżdżając z Doliny Królów warto zobaczyć jeszcze jedno mauzoleum, poświęcone najbardziej znanej i najdłużej panującej kobiecie - faraonowi, czyli Hatszepsut.
My docieramy tam późnym popołudniem, więc już tłumów nie ma i da się w spokoju ten nie za wielki kompleks pozwiedzać. Niestety poziom zerowy jest niedostępny, więc od razu udajemy się na poziom wyższy, podziwiając po drodze dobrze zachowanego małego sfinksa oraz niezwykle zielony na tle pustynnego piachu widok na żyzne okolice Nilu.

Najciekawszy jest drugi poziom mauzoleum, gdzie zachowały się większe fragmenty ozdobnej bramy i bogate zdobienia na murach oraz ogromne rzeźby. Jednak nie można tego porównać do bogactw boskiego kompleksu świątynnego w Karnak. Tutaj niestety wiele pozostałości po Hatszepsut zostało zniszczonych przez jej syna, który chciał wymazać jej pamięć z mauzoleum, które ona sama stworzyła.
Schodząc, zatrzymujemy się jeszcze na poziomie pierwszym, gdzie pod osłoną kolumn obejrzeć można piękne, kolorowe malowidła ścienne. NIestety właśnie z tym miejscem wiąże się jeszcze jedna, bardzo smutna historia. To tutaj rozegrała się w 1997 roku tragiczna masakra kilkudziesięciu turystów przez islamskich terrorystów, wspomniana ukradkiem przez przewodników. Napastnicy strzelali z gór, a ludziom ciężko było się ukryć na rozległym, pustym placu. Niestety rząd egipski nie zdecydował się na postawienie żadnej tablicy w hołdzie straconym turystom.
Jadąc do Doliny Królów wszystkie wycieczki zatrzymują się obowiązkowo w jeszcze jednym miejscu, dosłownie robiąc kilkunastominutową przerwę, na małym parkingu obok słynnych, ponad 15-metrowych kolosów Memnona. Potężne rzeźby są niesamowite, a ich wielkość odczuć można dopiero wtedy jak się podejdzie i spojrzy na nie z bliska. Żadne zdjęcia nie są w stanie tego oddać.
I na tym, po intensywnych sześciu godzinach zwiedzanie Luksoru. Pozostał nam powrót autobusem, drogą na około przez most na Nilu do głównej części miasta oraz pięciogodzinna droga, głównie przez pustynię, na naszej nadmorskiej Hurghady.