Safari to nie tylko parki narodowe. W Namibii dzikie zwierzęta są wszędzie!
Niezależnie od indywidualnych oczekiwań co do wyjazdu do Namibii i własnych wyobrażeń Afryki, każdy z nas czekał na zwierzęta. Ponoć miały być wszędzie, więc juz od pierwszego dnia ich wypatrywaliśmy, gdzieś przy afrykańskich głównych drogach. Drogi te w większości w centralnej i południowej części kraju (czyli na południe od tzw płotu weterynaryjnego), otoczone są siatką, tak by zwierzęta na nie nie wyskakiwały. Ale różnie z tym bywa. Pierwsze pojawiły się przepiękne oryksy, właśnie przy samej drodze, także tej asfaltowej. Spotykaliśmy je po obu stronach siatki, bo jak już przeszły, to potem wędrowały poboczem, by znaleźć jakieś miejsce powrotu na drugą stronę.
Było też trochę małych antylop, a na pustyni, gdzieś w oddali, na płaskiej, pustej przestrzeni dobrze widoczne były czarne, opierzone kulki, czyli ogromne strusie. Tylko w jednym miejscu, w okolicy miejscowości Aus, widzieliśmy stada dzikich koni. To chyba były ich ulubione tereny, bo nawet na mapie były zaznaczone.
Po dojechali do pustyni Namib Naukluft pojawiły się pierwsze znaki ostrzegawcze o zebrach, żyrafach, a potem nawet o słoniach. Niedługo później pojawiły się piękne, nie brązowo - żółtawe, przykurzone pustynnym pyłem zebry. Zwierzęta te mieliśmy okazję oglądać potem jeszcze wiele razy, gdzieś w niewielkiej odległości, na sawannie, niedaleko głównych dróg.
Raz czy dwa przy drodze pojawiła nam się żyrafa, skubiąca spokojnie liście akacji. Widzieliśmy równiez zebrę w akcji przeskakiwania niskiego płotku, by przedostać się z jednej strony jezdni na druga i dogonić koleżanki. Wszystko to działo się poza granicami parków narodowych, przy głównych drogach krajowych.
Północ Namibii uważana jest za bardziej dziką. Tam nie ma statek, oddzielających drogi od sawanny czy buszu. Zwierzęta mogą się pojawić w każdej chwili. Nie wydaje nam się jednak, by tych zwierząt przy drogach było znacząco więcej niż na południu. Bardzo czekaliśmy na pustynne słonie, żyjące w Kaokolandzie ale akurat one nie zechciały nam się pokazać. Z mniejszych zwierząt były jaszczurki, zielony, metrowy waran w Epupa Falls, sporo wiewiórek, nieśmiałe góralki oraz dwa wypatrzone w fluorescencyjnym świetle specjalnej latarki skorpiony. Był jeszcze długi wąż, wypatrzony w naszej kempingowej toalecie, zwinięty w kulkę, w samym rogu. Na szczęście toalety były dwie, więc tą pierwszą zostawiliśmy dla węża! A wszystko to działo się i oglądało się jeszcze przed dojazdem do tego najbardziej znanego i wyczekiwanego parku Etosha.
Niezwykłe spotkanie z kolonią uchatek
Fok na namibijskim wybrzeżu jest dość sporo, ale takie miejsce jak Cape Cross jest tylko jedno. Rezerwat ten zamieszkują tysiące uchatek. Na wjeździe jesteśmy ostrzeżeni, że foki mogą pojawić się wszędzie, na naszej drodze, na parkingu, a nawet pod naszym autem. Się dzieje. Bardziej odważne foki wylegują się na parkingu, na pobliskim pomniku, a nawet na ścieżce prowadzącej do oficjalnego pomostu, z którego foki powinniśmy oglądać.
Generalnie zwierzęta są spokojne i w ogóle na ludzi nie zwracają uwagi. Należy jednak pamięta, aby nie zbliżać się do nich bliżej niż na dwa metry i usuwać im się z trasy jak idą w naszym kierunku. A przemieszczać się potrafią naprawdę szybko! My w lutym mieliśmy okazję oglądać bardzo wiele młodych foczek, które urodziły się jakieś 2-3 miesiące wcześniej. Mimo wielu ostrzeżeń, zapach im towarzyszący nie był aż tak straszny. Przypomniało mi to dawne pomieszczenie hipopotama, w małym, starym poznańskim zoo.
Dopiero po wejściu na długi pomost można było dostrzec potęgę foczej kolonii. Na całym wybrzeżu były aż czarno. Część foczych mam karmiła dzieci, focze samce odpoczywały na skałach, a małe foczątka uczyły się pływać. Towarzyszyły temu piski, krzyki, porykiwania i wiele innych, bardzo głośnych, kompletnie niezrozumiałych dla nas dźwięków. Fotki zajęły nie tylko plażę i wejście do morza, ale również rozlokowały się pod pomostem, a niektóre wręcz próbowały na pomost wskoczyć i go przejąć. Obserwacja takiego stada z tak bliska to bardzo ciekawe doświadczenie!
Oko w oko z gepardami
Prywatna farma w Otjitotongwe była na liście rezerwowej naszego planu zwiedzania. Trochę było nam nie po trasie, a jak już byliśmy było, to strzeliła nam opona i znów się nie udało. Jednak jedyne w swoim rodzaju spotkanie z oswojonymi, niemalże domowymi gepardami kusiło. MIejsce to jest osobliwe, bo to wciąż w pełni funkcjonująca farma, czyli ogromne gospodarstwo rolne, gdzie niejako przy okazji, zobaczyć można gepardy, a także przespać się na niewielkim kempingu. Nam nocleg w tym miejscu nie pasował i jak się później okazało to nawet dobrze, bo ostatnio zrobił się tam bardzo drogo. Pozostawała nam więc dzienna wizyta na farmie.
Jadąc z północy Namibii do parku narodowego Etosha nadrobilismy nieco drogi (wyjątkowo po asfalcie!), aby jednak spróbować farme odwiedzić. Nie do końca wiedzieliśmy czy to się uda, bo godziny dziennych wizyt są bardzo ograniczone do czasu tuż przed karmieniem zwierząt. Gdy dojechaliśmy do bramy zewnętrznej farmy przywitało nas kilka tabliczek z zakazami, między innymi ta mówiąca, żeby się nie pojawiać bez uprzedniego umówienia! Na szczęście był nr telefonu więc na ostatnią chwilę umówić się udało, ale i tak na wjazd musieliśmy czekać do 15.30.
Po dojechaniu do gospodarstwa i zaparkowaniu przed wysokim płotem, pojawił się gospodarz, a towarzyszył mu piękny gepard, chodzący za nim jak piesek. Po wyjaśnieniu zasad zachowania, nieco niepewnie weszliśmy do środka i zwierzę zaczęło od razu nas obwąchiwać. Po chwili pojawił się drugi gepard. Zapoznawania się z cheetah trwało kilkanaście minut, a zadowolone zwierzęta w tym czasie nas dokładnie wylizały w poszukiwaniu soli.
Gepardy można było głaskać po głowie i pozwalać im na typowe kocie mizianie. Jak już wszyscy się zapoznali, gospodarz zaprowadził nas na tyły domu, gdzie zwierzęta dostały posiłek. Potem znów można było zająć się pieszczotami. Każdemu z nas bez problemu udało się zrobić fotkę z bardzo bliska, z rozleniwionym po posiłku gepardem.
Obecnie na farmie, w obrębie gospodarstwa pozostały tylko dwa oswojone gepardy, jeden sześcio a drugi jedenastoletni. Oba zostały porzucone przez matki i znalezione przez gospodarza gdzieś na rozległym terenie farmy. Kiedyś na obszarze farmy mieszkały dzikie gepardy, dokarmiane przez gospodarza, ale podczas naszego pobytu takiego karmienia nie było i nie jesteśmy pewni, czy w pełni dzikie zwierzęta jeszcze tam przebywają. Tak naprawdę znacznie ciekawsze było to głaskanie i przyglądanie się cheetah z bliska. Niezapomniane wrażenie.
Afrykańskie trzydniowe safari własnym autem
Nie ma wyjazdu do Namibii bez odwiedzenia Parku Narodowego Etosha. W sezonie wakacyjnym to miejsce jest tak popularne, że noclegi na kempingach na terenie parku rezerwować trzeba nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Park jest warto odwiedzenia o każdej porze roku, nawet w porze deszczowej. Zwierzęta w zimie może nie pojawiają się tak licznie i nie są czasami tak łatwe do dostrzeżenia jak latem, ale za to jak już się pojawią to całymi rodzinami. Początek roku to bowiem pora lęgowa. Widzieliśmy młode każdego gatunku, zaczynając od jasno opierzonych, małych strusi, poprzez całe rodziny pięknych zebr, niezliczonych jelonków, różnych gatunków, guźców, aż po małe słoniki, nosorożce i wcale nie takie małe młode żyrafki. Jeden raz udało nam się natrafić na rodzinkę z młodymi lwami, odpoczywającą w cieniu krzaków na sawannie.
Największą zaletą parku jest to, że można po nim jeździć własnym autem bez przewodnika, samemu starając się wypatrzeć zwierzęta i znaleźć najciekawszą pętelkę i zapomniane oczka wodne. Na wjeździe przez Galton Gate sprawdzany jest bagażnik i jesteśmy przepytywani w kierunku wwożenia plastikowych torebek, broni, sterowanych zabawek oraz dronów. Na wszystkie pytania chórem odpowiadamy NIE i po załatwieniu formalności i wykupieniu permitu na trzy dni, ruszamy na pierwszy kemping w Olifantsrus.
Najpierw na trasie pojawia nam się żółw, jak się później okazuje, był to jedyny żółw, który wyszedł nam na drogę. Potem jest już klasycznie czyli pierwsze, wzbudzające zachwyt stadko zebr. My już wcześniej zebry spotkaliśmy, na południu, na pustyni, ale był to inny gatunek. Na zebry można patrzeć godzinami. Tak nam już zostało do końca wyjazdu, co zebra, to przystanek i kolejne fotki!
PIerwszego dnia do parku wyjechaliśmy dość późno, bo około godziny 18tej i mieliśmy godzinę drogi (60km) po terenie parku do kempingu. Nie starczyło nam więc czasu na przejechanie wszystkich oczek wodnych po zachodniej stronie parku, ale udało się zjechać na jedno. I była to dobra decyzja, bo w okolicach oczka, w oddali, dostojnie poruszał się ogromny nosorożec! Już nic więcej do szczęścia tego dnia nie było nam potrzebne.
Kemping Olifantsrus jest najmniejszy i najprostszy z czterech dostępnych kempingów na terenie parku. Powiedziałabym, że jest też najfajniejszy, gdyby nie to że niestety przy oczku wodnym nie pojawiło nam się tam żadne zwierzątko. A oczko wodne i otaczająca je infrastruktura super. Piękne, długie dojście po drewnianym pomoście prowadzi nas do zadaszonej, dwupoziomowej wieży, z której można obserwować całą dobę zwierzęta. Gdyby owe się pojawiły. Zachodnia część Etoshy jest bardziej zielona i krzaczasta, więc zwierzęta mają dużo możliwości znalezienia źródeł wody i w porze deszczowej nie zawsze do oczka podchodzą.
Kolejne dwa dni to już tylko jeżdżenie po parku w poszukiwaniu zwierząt, czyli tzw game drive . SIeć dróg po stronie wschodniej jest o wiele bardziej skomplikowana w porównaniu z jedną drogą prowadzącą z zachodu. Nie ma możliwości się zgubić, bo po zjeździe z głównej drogi albo trafi się na pętelkę, z oczkiem wodnym albo na dojazdową drogę do małego oczka, skąd trzeba wrócić tą samą trasą. Podstawowa mapa parku oraz nawigacja pozwalają na w miarę komfortowe poruszanie się, chociaż zjazdy do niektórych oczek są bardzo kiepsko pooznaczane. Warto obserwować, gdzie zjeżdżają większe, otwarte auta safari z turystami i lokalnymi przewodnikami. Oni mają swoje ulubione miejsca i często wiedzą, gdzie może pojawić się zwierzyna.
Nie przy każdym oczku zastaniemy zwierzęta, część zaznaczonych na mapie oczek może być też wyschnięta. Nawet może się zdarzyć że przez godzinę nic nie spotkamy, a ktoś jadący chwile po nas będzie miał w tych samych miejscach pełen przegląd lokalnej flory. Trzeba być cierpliwym i nie jechać za szybko (i tak ograniczenie w całym parku jest do 60km/h), bo albo jest kompletnie pusto albo nagle zwierzęta wychodzą, a nawet szaleńczo wyskakują na drogę. W okolicach Estosha Pan, czyli w północno wschodniej części parku widoczność jest bardzo dobra, bo jest tam płasko i kompletnie pusto, prawie w ogóle nie ma drzew, a krzaczki są niskie. Słonia czy żyrafy można dostrzec z kilkuste metrów. Ale jak zjedzie się na mniejsze, południowe pętelki, gdzie jest więcej drzew akacjowych, pod koła nagle może wyskoczyć żyrafa lub znienacka pojawić się może wcale nie nastawiony przyjaźnie do ludzi słoń. Nie wspominając już o stadach chowających się przed upałem w cieniu przydrożnych krzaczków małych sarenek springboków, impali, czy nieco większych kudu.
Jeżdżąc po parku, z auta wolno wysiąść tylko w kilku otoczonych płotem małych miejscach pinknikowych albo na terenie ogromnych kempingów. Miejsca te oznaczone są na każdej mapie i warto je wcześniej zlokalizować, tak by widzieć, gdzie w razie potrzeby można skorzystać z toalety. Te miejsca, które my odwiedziliśmy były bardzo prymitywne, z prostymi stoliczkami, bardzo kiepską toaleta i oczywiście bez wody. Płot przy jednym z nich wcale nie był wysoki i każde większe zwierze bez problemu by go staranowało, więc zatrzymując się na nich wciąż należy zachować ostrożność. Najbardziej ekscytujące jest zawsze otwieranie bramy, bo śmiałek musi rozejrzeć się czy nie widać w okolicy żadnych zwierząt, wyjść, szybko otworzyć bramę, poczekać na wjazd auta i szybko zamknąć.
W sezonie zimowych czasu na jeżdżenie po parku jest całkiem sporo, od wschodu słońca około godziny 6.30, do zachodu około godziny 19.30. Wtedy otwierają i zamykają się bramy kempingów oraz główne bramy wjazdowe do Etoshy. Po zachodzie słońca jeździć nie wolno, a jak ktoś chce wjechać z zewnątrz to jeszcze musi doliczyć czas dojazdu do najbliższego kempingu, bo bramy zewnętrzne zamykają się wcześniej dla wjeżdżających. My preferowaliśmy wieczorne siedzenie przy oczkach wodnych na terenach kempingów, więc rano na zwiedzanie się nie zrywaliśmy. I tak w ciągu dnia i krążenia w kółko od oczka do oczka zawsze na jakieś zwierzęta się trafi. W najgorętszych południowych godzinach warto zaplanować sobie przerwę na kempingu, wykąpać w basenie, a potem jeszcze raz ruszyć na popołudniowe safari.
Druga noc spędziliśmy na kempingu Halali, gdzie infrastruktura była najsłabsza, z bardzo starym basenem, ale za to już w miarę z odnowionymi łazienkami. Jako, że do kempingu mieliśmy ponad 160 km, w połowie drogi zaplanowaliśmy przerwę na innym kempingu w Okaukuejo , gdzie można było coś zjeść, kupić zimne picie w małym supermarkecie oraz wejść na wieżę widokową. Dopiero stamtąd widać było tę ogromną przestrzeń parku narodowego.
Wieczorne obserwacje zwierząt w Halali przyniosły niespodziewane rezultaty, dla tych co wytrwali nieco dłużej. Była rodzinka słoni, były oczywiście zebry, a potem rodzinka nosorożcy. Rano, tuż po wschodzie słońca w wysokiej trawie pojawił się leopard, który obserwując teren niespiesznie podszedł do oczka, napił się wody i ruszył na dalsze polowanie. Trzeciego dnia, na kempingu w Namutoni już tak ekscytująco nie było, ale to był piękny biały fort, całkiem przyzwoite tosty w restauracji oraz mały, orzeźwiający basen. Tego dnia najciekawszy okazał się wieczór i przejazd przez Twee Palms w kierunku północno - wschodnim, gdzie najpierw spotkaliśmy lwy, a potem w świetle zachodzącego słońca, podziwialiśmy niesamowite, rozległe widoki na podmokłe tereny Etoshy, z niezliczonymi flamingami, pelikanami i innym ptactwem w tle.
Po dwóch pełnych dniach jeżdżenia mieliśmy dosyć. Tysiące zdjęć zrobione, wszystkie zwierzęta oprócz gepardów dostrzeżone. Pijące wodę żyrafy nagrane. Na zakończenie, tak jak większość turystów wyjeżdżających wschodnią bramą Von Lindequist Gate na pożegnanie przejechaliśmy się tzw DikDik Drive, w poszukiwaniu najmniejszych sarenek dik dik. Oj, nie było to łatwe zadanie! Jak człowiek szuka sarenki, to mu żyrafy wychodzą. Ale jakoś się udało i mały dik dik, nie jakby dyżurny, nagle w krzakach się pojawi do fotek zapozował Na wyjeździe z parku jeszcze raz sprawdzają nam permin oraz..lodówkę, bo znów przekraczamy tzw ogrodzenie weterynaryjne, czyli sanitarną granicę między północą a południem Namibii, przez którą nie wolno przewozić żadnych produktów zwierzęcych.
Mamy wreszcie guźca i kilka innych niespodzianek
Ten park nawet nie był w planach ale jego umiejscowienie sprawia, że wiele osób trafia do niego pod koniec wyjazdu, tuż przed dotarciem do Windhoek. Największą jego atrakcją jest ogromny płaskowyż i królująca nad nim bardzo długa góra stołowa. Na górę tę można się wspiąć samemu i jest to około 200 metrów różnicy wysokości od górnego poziomu kempingu.
Trasa wiedzie przez bardzo zieloną, soczystą dżunglę, z rozkwitającymi kwiatami i czającymi się gęstych zaroślach wielkimi pawianami.
Pawiany są niegroźne, ale ciekawskie. Mogą zainteresować się plecakami lub innymi, luźno pozostawionymi rzeczami. Cały szlak jest oznaczony białymi kropkami na skałach, ale przy gęstej zieleni chwilami wcale nie jest łatwo go znaleźć, szczególnie że ścieżek, z licznymi rozgałęzieniami w górę jest sporo. Idzie się wąską ścieżką, właściwie cały czas pod górę, głównie po kamieniach. Widoki na plateau pojawiają się rzadko, bo otacza nas dżungla, z wysokimi drzewami poniżej.
Ostatni fragment to ostrzejszy skręt w lewo do góry i od tego widoki się poprawiają. Trzeba uważać, bo ścieżka idzie też dalej prosto na obszar, gdzie powinno się już chodzić z przewodnikiem, w ramach tzw. walking safari. Skręt w górę od niedawna dobrze jest oznaczony i w popołudniową porą można tam zazwyczaj spotkać jakiś turystów. Z tego miejsca można też ruszyć na kilkudniowy trekking zboczem, a czasami szczytem ogromnej góry stołowej. Nie wiem, kto się na taką trasę decyduje, bo upał musi być ogromny. Ścieżka ta była dość zarośnięta więc śmiałków chyba niewielu się zdarza.
Zwieńczeniem krótkiej wycieczki (bo na szczyt można wejść w niecałe 40 minut) jest kilkudziesięciokilometrowy widok na rozpościerająca się u naszych stóp wyżynę, kompletnie płaską, poprzecinaną szutrowymi drogami w buszu. Towarzyszy nam zachód słońca…
Aby odbyć powyższą wycieczkę, najlepiej spać na kempingu NWR Waterberg Resort. Wjeżdżając do parku od północnego wschodu, czyli od drogi D2512 należy uważać, bo najpierw przejeżdża się w pobliżu innego, prywatnego kempingu. To drugie miejsce polecane jest jeśli chce się iść na pieszą wycieczkę w poszukiwaniu nosorożców.
Cała trasa D2512 jest bardzo malownicza i warto się nią przejechać, zamiast podążać nieco na około, asfaltową droga z Etoshy. Szutrowy trakt jest niezwykle pomarańczowy, kompletnie pusty, a w tle towarzyszy nam wielka góra stołowa Waterbergu. Przez wjazdem na teren rezerwatu, a potem parku, przejeżdża się przez ogromne, prywatne farmy, poodgradzane od siebie płotami i bramami. Przy każdej bramie trzeba wysiąść, otworzyć, przejechać i zamknąć. Taki trochę dziki zachód.
Sam kemping przez sezonem był niemalże pusty, co nam bardzo odpowiadało, bo cały basen z pięknym widokiem na góry mieliśmy dla siebie. Pole namiotowe znajduje się w dolnej części kempingu, a basen, domki oraz wejście na szlak cw części górnej, około 1,5 kilometra wyżej. Internet złapać można tylko przy dolnej recepcji. Tam też znajduje się mały sklepik oraz czasami czynna stacja benzynowa. Nam wydawało się, że jak stacja była czynna wieczorem, to też będzie rano, a tu jednak nie. W drodze powrotnej musieliśmy nadrabiać kilkadziesiąt kilometrów do miasteczka, bo nigdzie w okolicy parku benzyny nie można było zdobyć.
Na terenie kempingu spotkać można dwie rodzinki guźców. Z pozoru wydają się one przyjazne, dopóki niczego nieświadomy turysta nie próbuje ich nakarmić jakimś smakołykiem, na przykład resztkami słodkich sucharków. Po zjedzeniu okruszków miłe świnki zrobiły się agresywne, bo chciały jeszcze, a my musieliśmy się od nich odganiać krzesłami, aż w końcu pomógł nam jeden ze strażników. Z bardziej przyjaznych ale płochliwych zwierząt, pojawiały się pręgowane mangusty oraz małe, szare zwierzątka w paski (prawdopodobnie był to galago akacjowy). Te ostatnie po prostu przemknęły dużym stadem po drzewach nad naszymi głowami. W drodze na niemiecki cmentarz widzieliśmy też małego dik dika.
No właśnie…niemiecki cmentarz, to ta smutna część historii Waterberga. W 1904 roku odbyła się tu jedna w większych bitw pomiędzy niemieckimi oddziałami a miejscową ludnością Herrero, która nie chciała opuścić swoich plemiennych terenów. Dosżło tu do masowy zabójstw mężczyzn, kobiet i dzieci. Wzmianek o tych wydarzeniach, ani tablic pamiątkowych za bardzo nie ma. Jedyne co można zwiedzić to mały cmentarz niemieckich żołnierzy, bardzo dobrze utrzymany, zapewne ze środków ich potomków.